[4] 1100 dni za mną. I co dalej?

5.12.2012

Johan Rd, Flickr.com

Był wtedy 1 grudnia. Może padało, a może spadł już śnieg. Może bezrobocie wzrosło, zdarzył się krach na giełdzie, a może Japonię nawiedziło tsunami. Dziś tego nie pamiętam, bo po latach zostaje w nas jedynie to, co dla nas ważne. A wtedy pochłaniało mnie tylko jedno: mój pierwszy biznes.

Od tamtej pory, dokładnie w minioną sobotę, minęły 3 lata. Szmata czasu, jak by powiedział Złomek. Mimo to, gdy jutro obudzę się rano, na koncie nadal nie będzie miliona, pracownicy nie zjawią się tłumnie o ósmej rano, sam też nie wybiorę się do biura, bo go po prostu nie ma, a co najwyżej zrobię 10 kroków do drugiego pokoju. W takich chwilach nachodzi mnie jedno pytanie…

 

Po co było to wszystko?

Gdy patrzę w liczby, powątpiewam w sens tego, co robię.

Rok 2012 zamknie się może z zyskiem większym o kilkanaście procent w stosunku do poprzedniego roku. Dla korporacji pewnie byłby to kolosalny sukces, który przełożyłby się na kilka miliardów zysku więcej, ale w skali mikro to tyle co 200–300 zł wypłaty więcej miesięcznie. Trochę marnie. Szukam dalej… Ponad 300 wpisów na blogu firmowym – niby nieźle. Kilka tysięcy odsłon dziennie – niby wynik nie do pogardzenia. Całe 1 euro dzienne z AdSensów – na dobre piwo wystarczy. Tylko czy o to w tym wszystkich chodzi? Logika od dłuższego czasu szepcze mi do ucha, że wędruję ślepą uliczką. Uparcie zagłuszam ten głos, bo z każdym krokiem podróż tą drogą zachęca, by iść dalej…

Przed 3 laty byłem kimś innym. Firmę założyłem jeszcze na studiach i wydawało mi się, że robię rzeczy wielkie: studia, rodzina, firma. Wow! Inni już dawno by odpadli na starcie, a ja daję radę. Gdy będę mógł z dumą dopisać sobie „mgr” przed nazwiskiem, wtedy poświęcę się wyłącznie biznesowi, ten wystrzeli w kosmos, a media rozpisywać się będą o milionerze 25-latku. Nic takiego niestety się nie stało. Podczas tych 3 lat wydarzyło się jednak dużo więcej…

 

Chwile, o których się nie zapomina

Gdy przypominam sobie ten czas, pamiętam pracę przez 12 godzin i pobudkę o 3:00 nad ranem, żeby skończyć zlecenie w terminie. Pamiętam ten przytłaczający moment, gdy ZUS po raz pierwszy zażądał horrendalnych 981 zł, i miesiące, gdy wypłaty przelewałem sobie w ratach, bo konto świeciło pustkami. Gdzieś między tym wszystkim były regularne problemy z księgowością, płynnością finansową, reklamacje i ciągłe obawy, czy tym razem starczy na wypłatę. Gdy zaczęło iść lepiej, przyszedł czas na głupie decyzje – chybiony etat, fiasko z nową usługą i pieniądze wpakowane w inwestycje, o których dziecko wiedziałoby, że nie mogą się udać.

Czas jednak bywa zwodniczy i po tych 3 latach to miłe wspomnienia coraz mocniej rozpychają mi się w pamięci. Pamiętam, jak gdyby to było wczoraj, dumę z założenia własnej strony firmowej, ekscytację pierwszą wpłatą na koncie firmowym (całe 90 zł!) i chwilę, gdy pierwszy raz ujrzałem swoje nazwisko w stopce redakcyjnej w książce na półce w Empiku. Pamiętam niezliczone maile z podziękowaniami od zadowolonych klientów, kartki świąteczne od kontrahentów i książkę z dedykacją przysłaną po udanej współpracy. Pamiętam wszystko, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że to właściwa droga, a co nigdy by się nie zdarzyło, gdybym 3 lata temu nie odważył się pójść tą drogą.

Takie było ostatnie 1100 dni*. Dziś jestem kimś innym. Choć z pozoru każdy dzień wygląda podobnie, to z perspektywy czasu widzę, ile przeszedłem i jak się zmieniłem. Jestem szalenie bardziej zorganizowany, rozważniej planuję przyszłość, a telefonów od klientów nie odbieram z drżącym głosem (serio!).

 

Którędy do sukcesu?

Mimo to daję sobie tylko kolejne 2 lata. Przyjemność czerpana z wolności, na jaką pozwala biznes, jest niepowtarzalna, ale obawy przed tym, czy zleceń starczy na znośną wypłatę, nie są warte moich nerwów. Nie powiedziałem jednak jeszcze ostatniego słowa, w przeciwnym razie nie pisałbym tego bloga.

Choć trzecia rocznica obyła się bez tortu i hucznej imprezy na Karaibach, wierzę, że już niebawem nadejdzie ten moment, gdy będę mógł wykrzyczeć, aż zatrząśnie internetem: „Udało się!”. Bo tak naprawdę chyba wszystko sprowadza się do odpowiedzi na to do bólu subiektywne pytanie: „Czy się udało?”. Dziś jeszcze nie znam odpowiedzi, ale zapytajcie mnie o to za 2 lata. Jeśli nadal nie będę umiał odpowiedzieć, będzie to oznaczać jedno: nie udało się…

Wierzę, że tak się nie stanie. Ale o tym pogadamy za 2 lata.

 

* Ten wpis powinien ukazać się przed 5 dniami, jednak przysięgam na własny biznes, że nie czekałem po to, by mieć okrągły nagłówek do wpisu ;) Czysty przypadek.

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)