[14] „Jobs” (2013) – recenzja filmu

8.09.2013

Jobs, film, recenzja, 2013, Ashton Kutcher

Fanem Apple’a nigdy nie byłem – iPoda nie miałem, na iPhone’a szkoda mi pieniędzy, a idei tabletów nie rozumiem (przynajmniej na razie). Ale gdy do kin trafił Jobs (zapisywany też jako… jOBS), nie mogłem przeoczyć takiej okazji. To człowiek tak inspirujący, charyzmatyczny, a zarazem kontrowersyjny, że nawet tacy dziwacy jak ja, którzy nigdy w życiu nie mieli styczności z produktem Apple’a dłużej niż 5 minut, powinni wybrać się do kin. Bo warto.

 

Ashton Kutcher w roli Jobsa

Jobs, Steve Jobs, Ashton Kutcher

Rok 2001, siedziba firmy. Jobs wychodzi na scenę. W charakterystyczny dla siebie sposób buduje napięcie i najpierw opowiada o nowym produkcie, zanim po raz pierwszy pokaże go światu. Wreszcie sięga dłonią do kieszeni. Wyjmuje iPoda. Pracownicy wstają z miejsc, na sali rozlegają się oklaski.

To pierwsza scena filmu. Byłem przekonany, że to materiały archiwalne Apple’a (po filmie żona przyznała, że też dała się wkręcić). Dopiero gdy nastąpiło pierwsze zbliżenie kamery na twarz Jobsa, zdałem sobie sprawę, że to… Ashton Kutcher. Genialnie go ucharakteryzowano. Wcześniej miałem obawy, czy to akurat najlepsza osoba do tej roli, ale pierwsza scena rozwiewa wątpliwości (pozostałych aktorów też zresztą dobrano znakomicie). Sam Ashton podobno poświęcił masę czasu, by nabrać nawyków Jobsa (przeszedł na dietę frutariańską, słuchał Boba Dylana i chodził w butach Birkenstocka – ulubionej marce Jobsa). Efekty tych wysiłków nie były najgorsze, ale jedno zupełnie nie wyszło: usilne próby naśladowania charakterystycznego chodu Jobsa. Kutcher wyglądał raczej jak kiwający się pingwin z jedną przykrótką nogą niż jak Jobs, jakiego pamiętamy.

 

Film o Jobsie, nie o Apple

Jobs, Ashton Kutcher

Ci, którzy chcieliby poznać historię Apple’a, srogo się zawiodą na filmie. Początkowa scena z 2001 jest chronologicznie ostatnią. Po niej następuje cofnięcie się do początków Apple’a i żadnego epizodu z XXI wieku już nie uświadczymy (podobnie jak z lat 1985-1997, gdy Jobsa nie było w Apple). To chyba dobrze, bo twórcy skupili się raczej na biografii tego wielkiego wizjonera, a niekoniecznie na historii marki z nadgryzionym jabłkiem. Szkoda tylko, że i o Pixarze, którego współtwórcą był przecież Jobs, nie powiedziano ani słowa.

Wiele wątków wydało mi się jednak pourywanych. Wzmianka o zajęciach z kaligrafii pojawia się tylko w jednej rozmowie na początku filmu i nic z niej nie wynika. Kiedy indziej członkowie zarządu mówią Jobsowi, że tajemniczy inwestor sprzedał 1,5 mln akcji Apple’a. Akurat te aluzje wychwyciłem, ale wiele innych wątków było dla mnie niejasnych. To zapewne celowe zabiegi reżysera, dlatego warto wybrać się do kina choćby po pobieżnym zapoznaniu się z biografią Jobsa – inaczej może być trudno doszukać się sensu i ciągłości niektórych scen.

Na plus trzeba zaliczyć to, że film cukierkowy nie jest. Jakiś czas temu pokusiłem się o lekturę Być jak Setve Jobs Leander Kahney, a coś mi się kojarzy, że to publikacja nieautoryzowana przez samego Jobsa. Na szczęście w Jobsie też nie wybielono twórcy najcenniejszej marki świata. To dobrze, bo wyszedł z tego całkiem niezły udramatyzowany dokument, a nie hollywoodzka pieśń pochwalna na cześć Jobsa.

 

Czy warto?

To film szalenie inspirujący. Krytycy może nie zachwycą się grą Kutchera i doszukają się dziesiątków usterek montażowych, ale dla ludzi, którzy mają ambicję spełniać marzenia i pozostawić po sobie coś więcej, to będzie naprawdę niezły kop motywacyjny.

Moja ocena: 8/10

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)