[16] Mój pierwszy etat, czyli jak zostałem pracodawcą

2.02.2014

Foto: Philipp Reiner

Foto: Philipp Reiner

Ta chwila prędzej czy później musiała nadejść. Z początkiem lutego zdecydowałem się na swój pierwszy etat. Zostałem pracodawcą.

 

Umowy o dzieło – tanio, tylko co z tego?

Właściwie od początku działalności szukałem współpracowników. To były jednak umowy o dzieło, bez większych zobowiązań. Kłopotów z dyspozycyjnością i taką sobie jakością zleceń nie dało się uniknąć.

Jeszcze na początku łudziłem się, że dam radę to ogarnąć i stworzyć system, w którym freelancerzy będą wykonywać pracę na równym i przyzwoitym poziomie, będą dyspozycyjni itepe. Ale to fikcja. Prowadzenie e-biznesu, z doraźnymi współpracownikami rozsianymi po całym kraju, może i jest fajne, a często pewnie i dochodowe, ale na większą skalę nigdy nie zapewni takiej jakości usług jak klasyczny biznes.

Dojrzewałem do tej myśli kilka lat. Dziś jestem na to gotowy, choć porwałem się na to już nieco wcześniej. Tyle że z marnym skutkiem.

 

Pierwszy lepszy z ulicy, czyli jak nie zatrudniać pracownika

Pierwszego pracownika próbowałem zatrudnić już jakieś 2 lata temu (gdy firmę prowadziłem też niespełna 2 lata i właśnie miałem wejść na „duży ZUS”). Wtedy jeszcze miałem wizję stworzenia zautomatyzowanego systemu przekazywania zleceń dla redaktorów-freelancerów i szukałem webmastera, który by to zrobił. Dałem ogłoszenie na lokalnym portalu, spłynęło parę CV i umówiłem się na pierwszą, jedyną i ostatnią jak dotąd rozmowę kwalifikacyjną.

Uwiedziony elokwencją chłopaka i dokonaniami wypunktowanymi w CV, od razu zaproponowałem pracę. Oferowałem pół etatu, z szałową stawką 1000 zł netto. Wtedy było to dla mnie spore obciążenie finansowe. Pamiętam, jak chodziłem struty, gdy dotarło do mnie, na co się porywam.

Szybko się okazało, że pozory mylą (co za odkrycie!). Byłem pracodawcą przez niewiele ponad miesiąc, co kosztowało mnie dokładnie 1822 zł brutto i przyniosło absolutnie zerowe efekty. Właściwie to mój „administrator techniczny”, jak sam się gdzieniegdzie podpisywał, zdążył jedynie parę rzeczy na stronie zepsuć. Do dziś chyba szwankują, bo żadnego webmastera więcej nie szukałem.

 

Nauka na błędach

Ale błędy są po to, by się na nich uczyć i więcej podobnych głupot nie robić. Bez sensu straciłem kasę, na szczęście coś z tamtej historii wyniosłem.

Dziś nie zatrudniam osoby z ulicy (to ma chyba sens głównie wtedy, gdy trzeba znaleźć fachowca, a wśród zaufanych i sprawdzonych osób takiego nie ma). Na szczęście tym razem jestem po blisko rocznym okresie próbnym. Wiem też, że webmastera chwilowo nie potrzebuję, bo wizja mi się zmieniła, zrobienie strony też można outsourcować, a zlecenia same się nie wykonują. Dlatego zatrudniam redaktorkę. Tak jakby kopię siebie, drugą parę rąk.

 

Z drugiego kwadrantu do trzeciego, czyli po co mi ten etat

Odkąd przeczytałem Kwadrant przepływu pieniędzy Kiyosakiego (niezła rzecz, w sumie klasyka, jeszcze kiedyś skreślę kilka słów opinii), zrozumiałem, że muszę przestać szukać pracy dla siebie, ale zostać pracodawcą.

To chyba w ogóle największy problem mikrofirm. Wszystkich przedsiębiorców w Polsce mamy coś koło 2 milionów (nikt nie wie, ile ich jest faktycznie!), a przecież mnóstwo z nich (podobno też nie wiadomo ile!) to jedynie samozatrudnieni, tacy „all-in-one” – fachowcy w swojej dziedzinie, a przy okazji PR-owcy, webmasterzy, księgowi, prawnicy i sprzątaczki w jednym.

Cały czas jestem jednym z nich. Ale to do niczego nie prowadzi. Jasne, są tacy, dla których pasją jest praca w zawodzie. Rozumiem to i szanuję. Tyle że na swoją firmę patrzę nieco inaczej. Może nie marzy mi się wielka korporacja, ale fajnie byłoby stworzyć małą firmę, która da pracę ludziom, którzy szczerze chcą się jej poświęcić.

Dziś stawiam kolejny krok na drodze do spełnienia tych marzeń. To spora odpowiedzialność – powiedzieć człowiekowi: „OK, będę płacił ci co miesiąc tyle i tyle w zamian za to, że jesteś w czymś dobry i będziesz dla mnie to robił”.

Po blisko 4 latach chyba przyszła na to pora. Dawać pracę innym, a samemu móc zająć się tym, co do właściciela firmy należy. Być przedsiębiorcą, a nie samozatrudnionym.

1 komentarz

[…] się od etatu, na który zdecydowałem się przed trzema laty. Wtedy był to dla mnie odważny krok. Chciałem przekonać się, czy w branży korektorskiej jest […]

by [35] Bóg kopnął mnie w dupę i powiedział: „Teraz albo nigdy!”, a ja na to: „To może od jutra?” - Ardenno.pl Ardenno.pl on 23 listopada 2016 at 22:26. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)