[24] 10 wniosków na 10 miesięcy ojcostwa

13.02.2015

Michał Ponad 10 miesięcy temu zostałem ojcem. Przygotowywałem się blisko 9 miesięcy do tej chwili, a i tak rodzicielstwo okazało się zupełnie inne, niż wynikałoby to z tego, co wszyscy mówili. Gdy wróciliśmy ze szpitala we trójkę, czuliśmy się niezręcznie i nieswojo. W łóżeczku leżało dziecko, do którego nikt nie dołączył instrukcji obsługi, a pełna odpowiedzialność za nie spoczęła na nas. Wtedy nie czuliśmy się gotowi na bycie rodzicami. A mimo to 10 miesięcy minęło szybko i – tego się nie spodziewaliśmy – bez większych problemów. Oto 10 wniosków, jakie mi się nasunęły na myśl po tym czasie.
 

1. Znasz swoje dziecko lepiej niż ktokolwiek inny na świecie.

Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, nie czułem się na gotowy. Nie, „gotowy” to chyba nie najlepsze słowo. Byłem PRZERAŻONY. Wychowywanie dziecka kojarzyło mi się z nieustannym płaczem, nieprzespanymi nocami, kolkami, chorobami, walkami o jedzenie, o ubieranie się i z wszystkim tym, czego naoglądałem się w „Superniani”. Tymczasem rzeczywistość okazała się… zupełnie inna. Nie powiem, że wychowanie jest proste. Bo nie jest. Ale po początkowym szoku (nie wspomnę nawet o zdezorientowanych kotach), gdy w głowie kołata się tylko jedno pytanie: „I co my mamy z nim zrobić, jak się obudzi?” (serio, to jedyne, o czym myślałem, gdy po powrocie ze szpitala Michał poszedł spać – wtedy zresztą ciągle spał), szybko dochodzi się do pewnego wniosku. Takiego mianowicie, że nikt nie zna swojego dziecka lepiej niż jego rodzic. Wcześniej to, że kilkudniowego noworodka samemu będę przewijał, karmił i usypiał, a gdy płacze – uspokajał szybciej niż obie babcie razem wzięte, wydawało mi się równie nierealne jak to, że kiedyś będę miał swoje porsche. OK, może sobie to wyobrażałem, ale nigdy bym nie podejrzewał, że to ja będę babciom patrzył na ręce, gdy biorą niemowlaka, a nie na odwrót. W pewnym momencie od jednej z bliskich osób – gdy dostrzegła, jak z trwogą śledzę ruchy każdego, kto bierze Michała na ręce – usłyszałem, że… „jestem zaborczy”. Odebrałem to jako komplement. Jednym słowem – rodzicielstwo jest straszne do momentu, w którym faktycznie zostaje się rodzicem. Potem straszny wydaje się już tylko każdy moment, gdy to nas nie ma przy dziecku.  

 

2. Dziecko nie płacze bez powodu.

Niekończący się płacz dziecka był tym, co najbardziej mnie przerażało na myśl o rodzicielstwie. Bałem się, że Michał będzie się budził w nocy, zanosił płaczem, a my nie będziemy wiedzieć, co mu dolega i jak go uspokoić. Na szczęście zdecydowaliśmy się z żoną na szkołę rodzenia i była to najcenniejsza lekcja, jaką odebrałem w ciągu ostatniego roku. Sama nazwa „szkoła rodzenia” jest myląca. Bo to w gruncie rzeczy niezła lekcja opieki nad niemowlakiem, a nie tylko nauka rodzenia. To właśnie na szkole rodzenia poznaliśmy genialną metodę 5 S’s dr. Harveya Karpa na uspokojenie płaczącego niemowlaka (o niej będzie jeszcze na pewno oddzielny wpis). Zrozumiałem wtedy, że płacz niemowlaka to jego (jedyny!) sposób na komunikację z nami. Niemowlak, w gruncie rzeczy, jest konkretny jak rasowy facet – i nawet gdy płacze, to nigdy nie płacze bez powodu. Dziś Michał w zasadzie już nie płacze (chyba że wyrżnie głową o dywan, gdy ćwiczy swoje wygibasy), ale w pierwszych miesiącach jego płacz pozwalał nam zrozumieć, czego potrzebuje. Czasem był śpiący, kiedy indziej głodny lub było mu za zimno lub ciepło. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, gdy nie wiedzieliśmy, co mu dolega. Zawsze można to zrzucić na osławioną kolkę (wg badań ma ją zaledwie 3,3% dzieci, choć są i tacy, co wspominają o 40%), ale o wiele lepiej wyjść z założenia, że dziecko faktycznie chce ci coś powiedzieć, i spróbować go zrozumieć.  

 

3. Karmienie butelką nie jest złem, a noce nie muszą być nieprzespane.

Nie przeczę, że najzdrowszym pokarmem dla niemowlaka jest mleko matki. Dość długo próbowaliśmy karmić Michała w ten sposób. Chwytaliśmy się wszystkiego: herbatki laktacyjne, odciąganie mleka przez laktator, ciągłe przystawianie Michała do piersi. Niewiele to dało. Michał był głodny, bo (prawie) nic nie leciało, i musieliśmy go dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Przez pewien czas oboje z żoną mieliśmy problem z definitywnym odstawieniem go od piersi. To nic, że po karmieniu płakał i zjadał niemalże pełną porcję mleka modyfikowanego jak dziecko, które jest tylko na takim mleku. Żyjemy w czasach, w których hołubi się karmienie piersią (to dobrze!), ale czasem zbytnio naciska się matki, by koniecznie (to źle!) karmiły piersią, gdy wszystko wskazuje na to, że wystarczającej ilości mleka po prostu… nie ma. Nie wszyscy mają szczęście karmić dziecko piersią, ale… nie ma w tym nic złego! Zrozumieliśmy to wreszcie po ok. 3 miesiącach i wtedy przerzuciliśmy się w pełni na mleko modyfikowane. Michał rośnie jak na drożdżach (stale przekracza 97. centyl, jeśli chodzi o wzrost, i 90. w przypadku wagi), choć gdy się urodził, ważył zaledwie 2940 g. Dziś wszystko wskazuje na to, że wzrost będzie miał po ojcu, a jeśli nie zostanie najlepszym koszykarzem NBA, to będzie tenisistą, który będzie serwował 100 asów na mecz. A swoją drogą karmienie mlekiem modyfikowanym ma swoje zalety: odkąd Michał skończył pół roku, przesypia całe noce, od dwudziestej do szóstej rano. O tym matka karmiąca piersią może co najwyżej pomarzyć.  

 

4. Zdziwisz się, że kiedyś miałeś tyle wolnego…

Wydawało mi się kiedyś, że jestem wiecznie zajęty. Ale dopiero teraz, gdy jest z nami Michał, nie mogę się nadziwić, ile lat zmarnowałem na nicnierobienie, szukanie wymówek i zwlekanie z tym wszystkim, co dziś robię w pośpiechu, by zdążyć, nim mały się obudzi. W pierwszej chwili, gdy zdasz sobie z tego sprawę, może ogarnąć cię wściekłość na myśl, że najlepszy czas, gdy mogłeś chwycić Boga za nogi, minął bezpowrotnie. Kiedyś wydawało się, że praca czy studia wypełniały nam całe dnie. Dopiero teraz dostrzegam (i z nostalgią doceniam), że wolne miałem już o szesnastej czy siedemnastej, a nie dwudziestej, że wieczorem mogłeś wyjść z domu i wrócić nad ranem, a w weekend mogłem spać choćby i do południa, a nie do szóstej (oby!), gdy mały z pokoju obok woła o jedzenie. Dziś jest na to wszystko za późno, ale za to staram się nie marnować już ani chwili. Z upływem czasu doszedłem do wniosku, że sprawienie sobie dziecka to jeden z lepszych sposobów na zarządzanie czasem. Dziecko oducza obijania się i szukania wymówek, a każdą wolną chwilę uczę się celebrować i cieszyć z niej bardziej niż dawniej dwoma miesiącami wakacji.  

 

5. …i jak wiele można zrobić przez pół godziny albo… razem z dzieckiem.

Gdy dziecko ucina sobie drzemkę w ciągu dnia, wiem, że to jest czas dla nas. Jasne, można razem z nim odespać sobie wstawanie 0 szóstej/piątej/czwartej/trzeciej (!) rano, ale jeszcze lepiej, gdy możemy z żoną zająć się tym wszystkim, na co kiedyś potrzebowaliśmy całego weekendu. Nagle okazuje się, że w ciągu godziny można zmyć naczynia, posegregować / wyprasować / złożyć pranie, zrobić przelewy, odpisać na maile, a nawet przejrzeć fejsa, zanim mały się obudzi. To wszystko, do czego nie można się zabrać przez cały tydzień, nagle udaje się zrobić od ręki i kilkakrotnie szybciej. Wzrost produktywności o 1000%! Co jeśli mały się obudzi? Żaden problem! Zabrakło chleba? Chwytam małego i lecę do sklepu (o ile jest lato – bo zimą ubieranie w kombinezon to +∕- 10 minut w tę i nazad). Trzeba powiesić pranie? Sadzam Michała z trzema zabawkami, rozkładam suszarkę i wieszam pranie, a przy okazji oglądamy nowego „Top Geara”. Wciągnąłem się w książkę i nie chcę przerywać? Siadam razem z Michałem i czytam mu na głos. Uśmiech od ucha do ucha gwarantowany – Michał lubi tak samo dziecięce bajki, jak choćby Siłę nawyku czy Francuskie dzieci jedzących wszystko. Wniosek z tego taki, że dziecko może i wymaga sporo czasu, ale przy okazji pozwala też zająć się tym, na co zawsze brakowało czasu.  

 

6. Każdy dzień jest inny, a to, co jest śmieszne/straszne/nudne dzisiaj, jutro wcale takie może nie być.

Odkąd jest Michał, zdałem sobie sprawę, jak niewiele potrzeba dzieciom do szczęścia. Gdy masz dziecko, na nowo uczysz się beztroski i tego, jak drobiazgi mogą cieszyć. Michałowi wiele do szczęścia nie potrzeba – zachwyca go zabawa w „a kuku”, kot ocierający się o niego ogonem, skakanie i robienie przy nim pajacyków, a nawet chwila, gdy zaczyna mu się czytać (nie mam pojęcia, jak on to rozpoznaje, bo nie chodzi o moment, gdy sięga się po książkę, ale o chwilę, gdy zaczynamy czytać). Z drugiej strony zadziwiające jest to, jak dzieci się zmieniają. To, co jednego dnia sprawia, że dziecko pęka ze śmiechu, drugiego dnia może w ogóle go nie bawić. Mieliśmy tak z otwieraniem drzwiczek szafki. Michał odkrył, że może otworzyć szafkę, a z dźwiękiem zamykania się szafki wybuchał śmiechem. O, mniej więcej tak: Co ciekawe, na drugi dzień walenie drzwiczkami… w ogóle go nie bawiło. Jedyne, co nie opiera się próbie czasu, to przykrywanie Michała tetrową pieluchą – od kilku miesięcy budzi w nim szaleńcze wybuchy śmiechu. Jestem ciekawy, kiedy mu to minie.  

 

7. Odkąd jesteś rodzicem, inaczej patrzysz na sposób wychowywania dzieci przez innych rodziców.

Kiedyś tak nie miałem, ale teraz dziwię się, widząc rodziców krzyczących na swoje dzieci. Zamiast współczuć rodzicom, że muszą użerać się z nieposłusznym dzieckiem, nagle zacząłem współczuć dzieciom, że rodzice ich nie rozumieją. Zrozumiałem, że to wyłącznie rodzice odpowiadają za wychowanie dziecka, a to, że dzieci marudzą, nie słuchają się i rozrabiają, nie jest niczym innym jak ich wołaniem o uwagę i zaspokojenie ich podstawowych potrzeb. Przede wszystkim nie rozumiem już, jak można się złościć na dziecko. Owszem, czasem nerwy puszczą, ale przecież dzieci nie płaczą ani nie marudzą bez powodu. To tak, jakby powiedzieć, że dorosły ma zły humor, bo tak sobie wymyślił. Nikt – ani dorosły, ani dziecko – nie zachowuje się tak bez powodu. Dopiero teraz, gdy jest Michał, dostrzegam to wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej i współczuję dzieciom, których jedynym sposobem, by zaskarbić sobie uwagę rodziców, jest bycie nieposłusznym.

 

8. Dziecko sprawia, że zaczynasz być najlepszą wersją siebie.

Niedawno usłyszałem, że wychowanie dziecka byłoby OK, gdyby nie to, że trzeba zacząć… dawać dobry przykład. Jeszcze nas to nie dotyczy, bo na świadome wychowywanie Michała nieco za wcześnie, ale powoli zaczynam to rozumieć, patrząc na inne dzieci. Dziecko jest jak gąbka – chłonie wszystko. I nie wybacza występków. Powoli kończy się czas, gdy można się było niezdrowo obżerać, upijać, grać po nocach i spać do południa, a potem tłumaczyć się, że ma się zły dzień. Teraz jest inaczej. Wszystkiego, czego przez lata nie byłem w stanie z siebie wyplenić, nagle muszę się pozbyć. O ile sam przez lata przymykałem oko na swoje wady, o tyle dziecko nie daje już forów – nie pozostaje nic innego, jak być najlepszą wersję siebie. Wreszcie!

 

9. Dziecko ma tylko jednego rodzica i nigdy nie jest nim ojciec.

Ten punkt dotyczy tylko ojców. Bo gdy tuż po porodzie pójdziesz rejestrować dziecko, w urzędzie spytają cię w pierwszej kolejności o dane matki. Gdy wybierzecie się na szczepienie, napotkasz zdziwiony wzrok i pytania o to, gdzie jest matka. Na parkingach uprzywilejowane miejsca będą tylko dla matek z dziećmi, a w kolejkach pierwszeństwo – też tylko dla matek z wózkami. W sklepach, urzędach i centrach handlowych co rusz będziesz spotykał się z dziwnymi spojrzeniami, a gdy matka postanowi zaszaleć wieczorem i zostawić dziecko pod Twoją opieką, nawet Twoja rodzina nieśmiało podpyta cię, czy nie potrzebujesz pomocy. Żyjemy w czasach równouprawnienia, ale nie objęło ono chyba jeszcze opieki nad dzieckiem przez ojca. Nie czuję się gorszym rodzicem, a gdy trzeba, opiekuję się dzieckiem, gdy żona musi wyjść na kilka godzin czy nawet na noc. Odnoszę wrażenie, że w powszechnej świadomości ojciec nadal odgrywa co najwyżej rolę zastępczą. Nie przeszkadza mi to, ale w czasach, w których walczy się o prawa o wychowanie dziecka przez związki partnerskie, takie zachowanie wydaje mi się to co najmniej śmieszne i… trochę przykre dla ojców.  

 

10. Gdy sprawisz sobie jedno, długo będziesz zastanawiał się nad kolejnym, ale nie wyobrażasz już sobie życia bez dziecka.

Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, nie wyobrażałem sobie tego, jak zmieni się moje życie. Dziś w głowie mi się nie mieści, że kiedyś pewnie będzie nas czwórka, ale zarazem nie wyobrażam sobie, że Michała mogłoby nie być. Przed 10 miesiącami czułem się przerażony wizją rodzicielstwa, a dziś… Dziś nie pamiętam już, jak to było, gdy go nie było, i nawet nie chcę myśleć, że mogłoby być inaczej. I chyba to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

1 komentarz

Bardzo fajnie się Ciebie czyta :) Dużo zdrowia dla całej Waszej rodziny!

by Dotee on 24 sierpnia 2015 at 22:41. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)