[34] „Zobacz, jaki grzeczny chłopiec!”, czyli jak zrujnować poczucie wartości własnego dziecka

27.07.2016

Ojciec syn 630Znowu mnie to spotkało – tym razem w Carrefourze, między działem z żarówkami i akcesoriami samochodowymi.

Michał siedział w wózku, ja szukałem żarówki do lampy przy lustrze w łazience. Matka z dzieckiem naprzeciwko przeglądała wycieraczki samochodowe. Jedna nie pasuje, druga za krzywa, trzecia za droga, a czwarta to w ogóle.

Nic dziwnego, że chłopiec w sklepowym wózku zaczął grymasić. Tylko czekałem na tyradę, która musiała nastąpić. Zawsze brzmi tak samo:

– Zobacz, jak chłopiec siedzi posłusznie, a ty marudzisz bez końca. Widzisz, jaki grzeczny? Mógłbyś się uczyć od niego, a nie tylko jęczysz i stękasz.

I tak dalej, w zależności od inwencji twórczej rodzica: Czemu jesteś taki niegrzeczny? Co się tak wiercisz? Czemu nie możesz siedzieć grzecznie? Czemu Bóg mnie tak pokarał? Co ja ci zrobiłam, że się tak zachowujesz? Czemu nie możesz być jak inne dzieci? Czemu nie możesz siedzieć cicho… nie mówić… nie ruszać się… nie oddychać…

Żarówki nie znalazłem. Czym prędzej chwyciłem wózek i poszliśmy dalej.

Autentycznie bolą mnie te sytuacje. Nie zliczę, ile ich było w ciągu minionych dwóch lat. Nigdy jednak nie zdobyłem się na to, by sfrustrowanemu rodzicowi wygłosić równie sążnistą tyradę na temat krzywdy, jaką wyrządza własnemu dziecku.

Publikuję ten wpis, by powiedzieć to wszystko, co ciśnie mi się na usta, ilekroć jestem świadkiem tych sytuacji.

 

Co było niehalo?

Przede wszystkim: żadne dziecko nie jest lepsze lub gorsze od innych. Jest po prostu takie, jakie jest.

Jeśli spotkalibyśmy się kiedyś w sklepie, mógłbyś pomyśleć, że Bóg obdarował mnie dzieckiem, o jakim marzyłeś. Michał zawsze siedzi posłusznie w wózku, wypatruje tylko „brum-brumów”, w warzywniaku wyciąga ręce po owoce i warzywa (ogórki wciąga bez opamiętania), a poza tym chyba nigdy nie doświadczył buntu dwulatka.

Nie znaczy to, że jest lepszy od innych. Jest, jaki jest. Zresztą jako dziecko dwojga introwertyków trudno, żeby rozsadzała go energia.

Gdyby miał porównać go z rówieśnikami, mógłbym się zżymać na to, że choć niebawem skończy 2,5 roku, to poza kilkunastoma słowami właściwie wcale nie mówi (choć rozumie niemal wszystko). Poza tym nie skacze. Słabo biega (raczej szybko chodzi). A na placu zabaw to pożal się Boże. Jeśli na ślizgawce robi się korek, wiadomo, że Michał od kilku minut zbiera się do tego, by zjechać.

Czy to źle? No nie! Taki po prostu jest. Mógłbym pisać, że odstaje od normy, bo nie robi jeszcze tego, co innym dzieciom przychodzi bez trudu. Że nie jest tak zwinny, skoczny i rozmowny jak one. Że – jednym słowem – rozwija się wolniej niż przeciętny dwulatek. Rzecz w tym, że dla naszych relacji – relacji ojca i matki z dzieckiem – to nie ma znaczenia! Po prostu. To nie ma żadnego znaczenia.

Żyjemy w durnych czasach, w których nie jest niczym zdrożnym to, że życie ludzkie podlega wartościowaniu. Tak jakby życie jednego człowieka miało wartość większą niż życie drugiego człowieka. Chylmy czoła przed tym, który sprawił, że komputer pojawił się na biurku w każdym domu, a drugi dokonał tego, że mieścimy je w kieszeniach. Nie ujmując niczego największym ludzkim dokonaniom – każdy z nas jest tak samo ważny. Tak samo godny szacunku. Tak samo piękny i ułomny w swym człowieczeństwie.

 

Czemu porównywanie (się) NIE JEST OK?

Brzmią mi jeszcze w uszach słowa Marcina Iwucia z jego wczorajszego wpisu (choć niezwiązane z wychowywaniem, ale odnoszące się do osoby dorosłej):

Trzymam się w życiu prostej zasady: nie porównuję się z innymi – porównuję się z sam ze sobą. Jak mówi Desiderata: „zawsze będą gorsi i lepsi od ciebie”, więc porównania z innymi są prostą drogą do frustracji (bo inni są lepsi) lub samozadowolenia (bo inni są gorsi). Takie porównania nie mają dziś dla mnie żadnego znaczenia. Liczy się tylko jedno: czy jestem lepszym człowiekiem, niż byłem rok temu? Czy się rozwijam? Czy robię postępy? Czy idę do przodu? Czy wnoszę coś wartościowego do życia innych? Dopóki odpowiedzi na takie pytania są twierdzące, spokojnie robię swoje, ciesząc się każdym dniem.

Porównywanie (się) do niczego nie prowadzi. A nie, wróć – prowadzi do jednego: kompleksów i przetrąconego poczucia własnego wartości.

Może się wydawać, że to przecież nic takiego. Jedna uwaga rzucona dziecku, która je zawstydza i obdziera z rodzicielskiej miłości, nic mu nie zrobi. Przecież chcesz dobrze. Pokazujesz, jak ma się zachowywać. Zobacz, on taki grzeczny, a ty taki okropny. Czemu nie możesz być jak inne dzieci? Czemu nie chcesz być posłuszny? Czemu siedzisz krzywo? Nic nie jesz? Krzyczysz, zamiast milczeć? Czemu jesteś, jaki jesteś?!

Porównując i strofując dziecko – odtrącasz je. Ile razy upomnienie ze strony szefa odebrałeś jako wyraz troski o Ciebie? Ile razy byłeś wdzięczny za kłótnię z mężem czy żoną, bo pozwoliła Ci poznać potrzeby drugiej strony? Ile razy dziękowałeś za przytyki znajomych, bo dzięki nim mogłeś stać się jeszcze lepszą wersją siebie? Jako dorośli nie potrafimy na chłodno przyjąć krytyki, a od własnych dzieci wymagamy, by były idealne.

Nikt z nas nie jest lepszy od drugiego. I żadne dziecko nie jest lepsze ani gorsze od innych. To, czego potrzebuje każde dziecko (i każdy z nas), to bezwarunkowa akceptacja bez względu na to, jakim się jest.

 

Zamiast porównywania – uśmiechnij się, przytul i zrozum własne dziecko

Gdy kolejnym razem złapiesz się na krytykowaniu i porównywaniu swojego dziecka, spójrz na sytuację z boku. Czemu Twój syn czy córka Ci się sprzeciwiają? Czemu Ci się wydaje (!), że dziecko jest nieposłuszne? Pamiętaj, że to jego sposób komunikacji z Tobą. Ono nie jest niegrzeczne z natury – jedynie nie godzi się na sytuację, w której się znalazło. Tak jak i Ty byś się irytował, gdyby wsadzić Cię w kabriolet i wozić po parkingu w tę i we w tę przypiętego pasami przez pół godziny. Fajnie tak?

Nie wywyższam Michała dlatego, że jest grzeczny i posłuszny, ale w wielu kwestiach nie dorównuje innym dzieciom, więc bilans wychodzi na zero. To byłby absurd.

Akceptuję go takim, jaki jest, bo jako człowiek i mój syn po prostu na to zasługuje. Nie porównuję go z innymi po to, by dawać mu punkt odniesienia. On zawsze będzie taki, jaki jest. A moją rolą jako ojca jest wyłącznie to, by go wspierać. Nigdy porównywać.

Jest, jaki jest. Ani lepszy, ani gorszy. Tak jak i Twoje dziecko.

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)