[35] Bóg kopnął mnie w dupę i powiedział: „Teraz albo nigdy!”, a ja na to: „To może od jutra?”

23.11.2016

Niespełnione marzenia

Foto: WEB AGENCY, https://unsplash.com/@leeroyagency

 

Po raz pierwszy od dawna nie mam pewności, co wydarzy się w najbliższych miesiącach. Jak coś się wali, to wszystko naraz.

Zaczęło się od etatu, na który zdecydowałem się przed trzema laty. Wtedy był to dla mnie odważny krok. Chciałem przekonać się, czy w branży korektorskiej jest to opłacalne. Nikt z tych z branży, których znam, tak nie robił. Poczułem się jak Jobs, Edison i wszyscy ci wizjonerzy, o których przeczytasz w najchodliwszych poradnikach rozwojowych: „Popatrz, co robią inni, i zrób na odwrót”. Zrobiłem. I wiecie co? Do dziś byłbym skłonny bronić swojej decyzji, ale statystyki są nieubłagane – nawet jeśli teraz jeszcze to się opłaca, to rosnące koszty pracy prędzej niż później zjedzą wszelkie zyski. Nie przechodzi mi przez usta „pomyliłem się”, ale i tak musiałem podjąć jedną z trudniejszych decyzji i zakomunikować ją najlepszej redaktorce, z jaką miałem przyjemność pracować. Nie rozstajemy się, ale nie mogę dłużej brać pełnej odpowiedzialności za czyjeś wynagrodzenie.

Zanim zdążyłem oswoić się z myślą, co zrobię ze wszystkimi zleceniami, które obsługiwała Marta, oberwałem po raz drugi: zrezygnowała Natalia, której jakiś czas temu zaoferowałem pół etatu. W jednej chwili zostałem sam. Wszyscy jeszcze pracujemy razem do końca roku, ale nie wiem, co potem. Wszystko wskazuje na to, że będę musiał na nowo budować cały model biznesowy eKorekty, już bez udziału pracowników etatowych.

Żeby nie było za lekko: od miesięcy nie mogę doprosić się płatności od wydawcy na najwyższą kwotą, jaką zdarzyło mi się wystawić w kilkuletniej działalności (trzy miesiące pracy!), i składam swój pierwszy w życiu pozew sądowy. Do tego nieplanowany remont kuchni zjadł masę oszczędności, a Michał z zapaleniem płuc trafił do szpitala (wstyd się przyznać – w dużej mierze z mojej winy) – na szczęście już wszystko OK.

 

Cztery lata temu…

A jeszcze w pierwszym wpisie na blogu, w 2012 r., pisałem z dumą:

Nie ukrywam, że jednym z moich największych marzeń jest podróż po USA. O tym, skąd ten pomysł, napiszę kiedy indziej. Dziś wiem, że to jeden z ważniejszych celów, i chciałbym, by spełnił się do 22 listopada 2016 r. W głębi duszy widzę już teraz, jak tego dnia, po kilkutygodniowej podróży przez Stany, docieram do Glen Ellen, spoglądam na ruiny Domu Wilka i chwilę potem staję nad grobem Londona i Charmian. A po drodze, razem z żoną, przejedziemy jeszcze Route 66, spotykając  może gdzieś na poboczu Zygzaka i Sally ;-)

Mimo to nie zakładam, że się uda. Bo nie o to chodzi. Racja, zdobycie szczytu musi być niepowtarzalną chwilą, ale z perspektywy czasu to droga na szczyt jest tym, co zostaje w człowieku.

Prawdę mówiąc, już wtedy nie miałem przekonania, że uda się mi to osiągnąć w tak krótkim czasie. Jasne, to nie problem wyjechać z plecakiem za granicę i powłóczyć się od miasta do miasta. Rzecz w tym, że moja podróż do USA miała być przejawem niezależności finansowej, a do tej nadal mi daleko mi, że ho, ho (choć bliżej niż przed czterema laty). Podróż do USA musi zatem poczekać, i to zapewne dłużej niż kolejne cztery lata.

Co do jednego, nadal się zgadzam: to droga na szczyt jest najważniejsza. Tyle że na razie jest dość wyboista i czuję się nieźle poturbowany. Jak mawia Jacek Walkiewicz: „Co nie zabije, to nie zabije. Wcale nie musi wzmacniać. Potrafi sponiewierać i zostać na całe życie” (obejrzyjcie koniecznie!).

 

Po co o tym wszystkim piszę?

Mam wrażenie, że sięgam dna. Choć liczę, że na dole stoi trampolina…

Od dobrych paru lat mam wrażenie, że nie robię tego, co bym chciał. Bloga założyłem jesienią 2012 roku. To już, bagatela, cztery lata! W tym czasie opublikowałem zawrotne… 34 wpisy. Niespełna jeden na miesiąc (a dzisiejszy jest… czwarty w ciągu ostatnich 11 miesięcy). Gdyby przyznawano nagrodę dla najrzadziej piszącego blogera – byłaby moja!

Dziś nigdy jak wcześniej czuję, że potrzebuję zmiany. Nie jestem gotów porzucić prowadzenia firmy, bo zbyt wiele wysiłku kosztowało mnie jej rozwijanie przez ostatnie siedem lat (odpędzam od siebie myśli o utopionych kosztach) i mimo wszystko zbyt wiele korzyści nadal z niej czerpię.

Jednocześnie czuję się najzwyczajniej w świecie zmęczony. Początki wypalenia zawodowego? Niewykluczone. Ale świeżo po trzydziestce? Jeśli to właściwa diagnoza, to poproszę o kolejną nagrodę – dla najszybciej zmęczonego pracą człowieka…

 

Krótka historia kariery zawodowej Ardenno

Dziś zajmuję się redagowaniem tekstów, choć od zawsze chciałem pisać. Dobrze pamiętam moment, gdy przyrzekłem to sobie. Miałem kilkanaście lat. Czytałem jakąś powieść Londona i w nastoletnim przypływie emocji postanowiłem, że to jest właśnie to, co chcę w życiu robić. Zostanę pisarzem! Ale życie pokazało, że nic takiego się nie stało.

Nie chciałem iść na studia (bo kto uczy pisania na uczelni?), więc zamarzyło mi się, że jeszcze przed maturą wydam powieść i zacznę żyć z pisania (gdy byłem w liceum, Masłowska jako 19-latka wydała swoją Wojnę polsko-ruską…, ale dziś już nie wiem, czy wtedy o tym wiedziałem, czy tylko dzisiaj tak mi się kojarzy). A że zapał do pisania miałem taki jak dziś do pisania bloga, to w ostatniej klasie liceum odłożyłem plany o pisarstwie i postanowiłem, że najpierw zostanę korektorem (wtedy nawet jeszcze nie znałem słowa „redaktor”), z czasem napiszę swoją wielką powieść, rzucę wszystko w cholerę i zaszyję się w zacisznym domku nad jeziorem, gdzie poświęcę się pisaniu. Ale życie pokazało, że nic takiego się nie stało.

Dostałem się na filologię polską. Jeszcze na studiach znalazłem pierwszego stałego zleceniodawcę (pozdrowienia, Mirku) i za jego namową, ze względu na specyfikę pracy zdalnej, założyłem firmę. Dość szybko się uniezależniłem i w 100% poświęciłem eKorekcie. Od początku myślałem o niej jako o biznesie, który ma zagwarantować mi stały dochód, żebym bez zmartwień o to, za co kupić chleb, mógł skupić się na pisaniu. Ale życie pokazało, że nic takiego się nie stało.

Od siedmiu lat zajmuję się redagowaniem tekstów bądź co bądź obcych mi ludzi, którzy mimo przeciwności losu odważyli się pisać. Zżymam się na to, że sam mógłbym pisać lepiej, że widzę, co jest nie tak, co można by poprawić, a co ująć lepiej – a mimo to brakuje mi czasu, chęci, motywacji, wiary w to, że mógłbym robić to, co naprawdę mi się marzy.

 

Ale może to znak?

Z trudem przychodzi mi mówienie o wierze (to w ogóle chyba pierwszy raz na blogu). Nie znoszę katolickiej egzaltacji, napuszonych i górnolotnych słów, jednocześnie trudno mi znaleźć wyważone słowa, które by nie odrzucały, a pozwoliły przekazać istotę wiary. Ale spróbuję.

Otóż mam głębokie przekonanie, że – po pierwsze – wszystko, co nam się przydarza, jest tym, czego w danej chwili potrzebujemy. Wcale nie to, co byłoby akurat najlepsze, ale to, czego akurat najbardziej nam potrzeba (choć – jak by powiedział, znowuż, Jacek Walkiewicz – nie zawsze widać całość obrazu!). To po pierwsze. A po drugie: zawsze jest to maksymalny ciężar, jaki możemy unieść. Nigdy zbyt duży.

Odkąd pamiętam, chciałem pisać, ale zawsze coś innego było ważniejsze. Gdy decydowałem się zrezygnować z pracy dla stałego zleceniodawcy i poświęcić się eKorekcie – zamartwiałem się, by nie zabrakło mi pracy (i wyobraźcie sobie – zawsze było coś do roboty). Gdy decydowałem się na pierwszy etat – obawiałem się kompromitacji i tego, że któregoś dnia będę musiał powiedzieć Marcie, że zabrakło nam zleceń (i wyobraźcie sobie – w ciągu trzech lat zdarzyło się tak chyba raz i było tak przez całe… pół dnia). Wreszcie, gdy mija właśnie siedem lat eKorekty i upływają cztery lata prowadzenia bloga – walę głową o wyimaginowaną ścianę, myśląc o tym, jak w końcu redagowanie zamienić na pisanie (i tu dopisku w nawiasie nie będzie, choć przecież powinienem się go domyślać…).

Czuję, że dopiero teraz, gdy zaczyna brakować mi sił na ciągłe gaszenie pożarów w firmie i kończenie zleceń na ostatnią chwilę, Bóg kopnął mnie w dupę, spojrzał zrezygnowany, westchnął i powiedział: „Ardenno, teraz albo nigdy! Zdecyduj się, co ty chcesz, chłopie, w życiu robić”. A ja… czuję się sparaliżowany strachem. Łatwiej było mi przed kilkoma laty odejść na swoje, niż dzisiaj samego siebie przekonać, że powinienem, chciałbym, chcę robić coś innego.

 

To co dalej?

Cały dowcip polega na tym, że Bóg zawsze wie, co jest dla nas dobre, a mimo to życie toczy się tak, jak my chcemy. Między Jego wszechwiedzą a tym, jak przeżyjemy życie, jest niewielka szczelina, którą wypełnia coś, co uznałbym za najgłębszy wyraz miłości Boga do człowieka: wolna wola człowieka. To ona sprawia, że nie zawsze wybieramy tę ścieżkę, która byłaby najlepsza.

Jest w tym coś szalenie ujmującego. Bóg w swej wszechwiedzy zawsze wie, co dla nas dobre, a zarazem szanuje naszą wolną wolę, godząc się z naszymi wyborami i błogosławiąc w tym, na co się zdecydujemy. Nie umiem się temu nadziwić… Czy można kochać piękniej?

Popadam w tę egzaltację, której nie lubię, więc do rzeczy. To, co chcę powiedzieć, to to, że nigdy wcześniej nie byłem w tak komfortowej sytuacji jak dziś, by móc zacząć pisać naprawdę. Dzięki eKorekcie zabezpieczyłem się finansowo i mogę wybierać te zlecenia, których faktycznie chciałbym się podjąć, bez obaw o to, czy starczy na wypłatę. Rzecz sprowadza się do tego, jak długo jeszcze chcę redagować teksty innych ludzi i czy nie jest to najwyższa pora, by skupić się na automatyzowaniu firmy i poświęceniu się pisaniu.

Waham się jak nigdy dotąd. To nie będzie jednorazowa decyzja, ale długotrwały proces. Jeśli liczba wpisów na blogu się zwiększy i zaczną pojawiać się regularnie – będzie jasne, co wybrałem. W przeciwnym razie będzie to oznaczać, że ciągle paraliżuje mnie strach. Bo marzeń o pisaniu nigdy nie porzucę. Co najwyżej kiedyś może się okazać, że nie zdążyłem ich spełnić.

Nie mogę jednak opędzić się od myśli, którą rozpocząłem ten tekst: po raz pierwszy od dawna nie mam pewności, co wydarzy się w najbliższych miesiącach. Wiem tylko, że muszę coś zmienić w swoim życiu i że wyłącznie ode mnie zależy, co uznam za najważniejsze. Cokolwiek to będzie, w oczach Boga będzie dobre. Grunt to zaufać Mu, że tak właśnie będzie. A na to – niestety – ciągle nie umiem się zdobyć. Ale to już temat na inną historię.

 

PS. Jeśli chciałbyś mnie wesprzeć – zostaw komentarz. Dziś wyjątkowo o to proszę.

komentarzy 11

WSPIERAM – NA CAŁEGO!

by E. on 23 listopada 2016 at 23:19. Odpowiedz #

Ardenno,

strach nie ułatwia nam podejmowania jakichkolwiek działań. Paraliżuje… jednak wierzę, że nie dotkniesz dna, poczujesz przypływ pozytywnych emocji i wyjdziesz na prostą.
Czasami potrzeba czasu, aby podjąć decyzje.
Życie to dar, a my wybieramy ścieżkę, którą będziemy podążać.
Najlepsze powody do niepoddawania się, są zawsze obok Ciebie.

by Greg on 23 listopada 2016 at 23:29. Odpowiedz #

Powieść? Mam wątpliwości czy masz dość zapału i wytrwałości. Ale seria felietonów, względnie reportaży – tak, to byłoby coś!

by Wojtek on 23 listopada 2016 at 23:29. Odpowiedz #

Wojtku, prawdę mówiąc, na takie wsparcie to akurat nie liczyłem… No chyba że miała to być ironia, której nie czuję. Ale dzięki za uwagę i komentarz.

by Ardenno on 24 listopada 2016 at 06:30. Odpowiedz #

To nie jest ironia, to jest szczerość! Twoje wpisy na blogu czyta sie jak dobre felietony. Jesteś tez bystrym obserwatorem rzeczywistości, która komentujesz z bardzo celną ironią. Znakomicie się to czyta. A powieść to hmm, no sam nie wiem. Może by sie udało, ale masz pomysł na powieść?

by Wojtek on 24 listopada 2016 at 14:46. Odpowiedz #

Wojtek, mam bardzo klarowny pomysł, od 10 lat. Ja naprawdę wiem, czego chcę, jedynie irytuję się, że nie wiem, jak tam dojść, lub raczej – że trwa to tak długo. Jedyne, czego mi było trzeba, to wygadania się i usłyszenia dobrego słowa. Tylko tyle.

by Ardenno on 24 listopada 2016 at 20:00. Odpowiedz #

Ja odnalazłem Boga rok temu. A mam juz 40 lat. Zacząłem żyć.

by Daniel on 24 listopada 2016 at 11:02. Odpowiedz #

Pięknie napisane… zresztą jak zawsze! Jesteś bardzo młody, spełniaj marzenia, nie zagub siebie w pogoni za dobrami materialnymi. Sam Bóg dał Ci talent abyś go właściwie wykorzystał! Trzymam kciuki i jak tylko wydasz książkę od razu ją kupię chociażby z ciekawości jaki rodzaj pisarstwa wybrałeś!!!

by Małgorzata Gre on 24 listopada 2016 at 23:06. Odpowiedz #

Wielu z nas jest na rozstaju… Nie jesteś sam w takiej sytuacji. Ja jestem po ważnym egzaminie w pracy i możliwe, że, jak przed rokiem, usłyszę: „Zabrakło Tobie jednego punktu”. Z tego też powodu myślę nawet o przebranżowieniu… nawet dość drastycznym: z wychowawcy w Zakładzie Karnym na budowlańca w Szwecji czy innym Eldorado. I niestety u mnie główną motywacją byliby debilni przełożeni i ich „świetne” pomysły.
Tu trochę widzę zmodyfikowaną wizję Twojej o wolnej woli człowieka… Niby mamy wybór, jednak w wielu przypadkach zależy on także od mądrości i wyborów otaczających nas osób. No i ważna ta obawa o najbliższych: „co, jeśli dokonam złego wyboru?”, „dlaczego bliscy także mają cierpieć?”. Tu nasz wybór modyfikowany jest na bieżąco przez mieszaninę: rozsądku, strachu, braku odwagi i ryzykanctwa…
Podsumowując: piszę to po to, aby Cię wesprzeć. W swoisty sposób, ale zawsze… Wielu z nas, choć tego nie widać, ma takie egzystencjalne przemyślenia…
Tak na marginesie. Podoba mi się styl Twojego pisania. Bo choć wypada, z racji Twojego zawodu, dobrze pisać, to jednak wielu z nas, którzy także powinni być specjalistami w swojej branży, jak mawia mój znajomy: „są ciency jak Polsilver” (nie liczy się tu jakość cytatu, ale jego mocna :) wymowa i trafienie w punkt). Doceniam więc Twój kunszt, cieszę się z tak małej i niezauważalnej przez wielu rzeczy, jak to, że nie zapominasz o interpunkcji. Żeby nie było tak słodko, o ile pamiętam PS pisze się bez kropki, choć ja i tak wolę wersję z kropką :).
Pozdrawiam. Do szybkiego spotkania w Wordamencie.

by don shaqadeemaz on 25 listopada 2016 at 10:27. Odpowiedz #

Dzięki za słowa otuchy. Życzę Ci, żebyś też odnalazł to, co Ci się marzy. Cokolwiek to będzie.

PS. A „PS” rzeczywiście nie wymaga kropki, ale ona oddziela „PS” od treści samego postscriptum. To jak np. z numeracją typu „1.1. [A tu nagłówek drugiego stopnia]” – po „1.1.” jest kropka, bo oddziela numerację od treści nagłówka, ale gdy piszemy już „w rozdziale 1.1 wspomniano o tym i o tym”, to kropki po „1.1” stawiać nie należy. Choć oczywiście niektórzy kropki po „PS” nie stawiają i też to można jakoś obronić. A jeszcze inne słowniki aprobują zapis „P.S.”. Tak to już bywa z polszczyzną :)

by Ardenno on 25 listopada 2016 at 20:56. Odpowiedz #

[…] zadowolenia z tego, jak przeżyłem dotychczasowe życie. Dziś mi tego brakuje i ciągle nawet nie wiem, co powinienem robić. Ale za to pracuję nad swoimi wadami: oduczam się perfekcjonizmu, odwlekania spraw w czasie, […]

by [36] Szukając autorytetów – Jacek Walkiewicz i Adam Szustak - Ardenno.pl Ardenno.pl on 17 grudnia 2016 at 12:48. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)