[40] List otwarty do wszystkich redaktorów i korektorów, którzy stracili poczucie sensu pracy i czują się wykorzystywani przez wydawców

18.08.2017

Ten wpis będzie długi, a dla wielu osób z branży – może nawet kontrowersyjny i obrazoburczy. Ale muszę go opublikować.

W fejsbukowej zamkniętej grupie „Redaktorzy, korektorzy, edytorzy łączcie się!” pojawił się post, który później autorka, Emilia Kolinko, opublikowała także na swoim profilu prywatnym (by wpis mógł być dalej udostępniany). Z postem można zapoznać się tutaj lub klikając skan poniżej.

Temu, że praca redaktora i korektora bywa często niedoceniana, nawet (czy wręcz: głównie) przez wydawców, nie będę zaprzeczał. Ale wiele opinii, wygłoszonych również w komentarzach do posta, budzi we mnie zdziwienie. I czuję się w obowiązku do tego odnieść.

 

Kim jestem, żeby zabierać głos w dyskusji?

Dla tych, którzy mnie nie znają, kilka słów o tym, kim jestem.

Z zawodu jestem redaktorem. Jeszcze na studiach otworzyłem firmę, od wielu lat jest ona głównym źródłem mojego utrzymania – i przede wszystkim dlatego chciałbym zabrać głos w dyskusji, która się toczy. Chcę pokazać, że nie jesteśmy skazani na łaskę wydawców, że praca redaktora może być dobrze opłacana, słowem – że z redakcji i korekt da się (godziwie!) żyć. I co ważne, nie uważam, że jestem wybitnym redaktorem. Większość redaktorów eKorekty24 jest o niebo lepsza w tym fachu ode mnie.

 

I jeszcze kilka zastrzeżeń

Nikogo tym tekstem nie chcę urazić. Nie odnoszę się do nikogo personalnie. Owszem, cytuję konkretne wypowiedzi (bez podawania ich autorów), ale tylko po to, wyrazić swoje zdanie na temat wyrażonych poglądów, a nie na temat osoby, która je wygłosiła. Jeśli ktoś poczuje się urażony – z góry przepraszam. Nie to jest moim celem, ale to, by o pewnych rzeczach wreszcie na głos powiedzieć.

Nie staję też po żadnej ze stron. Nie bronię wydawców (nawet jeśli takie wrażenie można odnieść po lekturze całości wpisu), ale też nie popieram w pełni całej tej krytyki, jaka się wylała po poście Emilii. Chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na to, co my, jako poszczególni redaktorzy i korektorzy, możemy zrobić, by uniknąć w przyszłości podobnych przykrych historii, o których wspomniało wiele osób w komentarzach.

To chyba tyle. Przejdźmy do rzeczy. Dla porządku będę odnosił się do poszczególnych fragmentów posta Emilii i kolejnych komentarzy.

 

Post Emilii

„(…) zaczęły spływać do mnie prywatne wiadomości, w których redaktorki/redaktorzy i korektorki/korektorzy piszą o bardzo podobnych zwyczajach wydawnictw: o tym, jak są wykorzystywani, jak ich praca jest wyceniana na kilka złotych netto za godzinę (60 minut, 3600 sekund maksymalnej koncentracji). O tym, jak się wypalają po kilku latach. Mądre, zdolne, dokładne w swojej robocie głównie dziewczyny (nasz zawód jest sfeminizowany, to symptomatyczne) po kilku latach pracy są: 1. przekonane, że zarobek w wysokości kilku (do kilkunastu) złotych za ich wkład intelektualny w powstanie książki to naprawdę „niezła stawka” (w ramach umowy śmieciowej! z dobrodziejstwem inwentarza); 2. wolą pracować fizycznie (gotować, sprzedawać kwiaty), niż zgrywać siłaczki, czuć się niedocenione w robocie, którą mogłyby lubić. Nie – którą mogłyby kochać”.

Po pierwsze – żadna umowa śmieciowa. Umowa cywilnoprawna. Taka, jaka wchodzi w grę w tej sytuacji. Jeśli redaktor nie decyduje się na szukanie pracy etatowej ani nie zakłada własnej działalności, to znaczy, że wybiera freelancing, który opiera się na umowach cywilnoprawnych.

Po drugie – zarobek w wysokości kilku złotych nie jest oczywiście godziwą stawką. Ale w żadnych ze znanych mi umów nie posługiwano się stawką godzinową. Jak rozumiem, jest to pewien przelicznik, wynikający z tego, jak wiele godzin pracy redaktor/korektor poświęcił na pracę nad książką, co ostatecznie przełożyło się na taki, a nie inny zarobek. OK, ale przecież nie wydawca doprowadził do tej sytuacji, tylko redaktor/korektor, który zdecydował się pracować nad zleceniem nieproporcjonalnie długo. Tłumaczenie było słabe? Redakcja kiepska? OK, zdarza się. Ale to nie jest powód do tego, by ślepo wykonywać swoją pracę, nie bacząc na ustalone stawki, a tym bardziej – na ustalony zakres prac (o tym jeszcze będzie mowa).

„Po kilkudziestu godzinach pracy nad korektą książki (…) coś mnie tknęło (…)”.

Rzadko, bo rzadko (ale się zdarza), do składu trafi nie plik po redakcji, tylko tekst autorski. Zdroworozsądkowy redaktor wyłapie to w ciągu parunastu czy parudziesięciu minut – w żadnym wypadku po kilkudziesięciu godzinach pracy! Dwa czy trzy ordynarne ortografy lub kilka przecinków postawionych w dziwnych miejscach powinny dać do myślenia i skłonić do wstrzymania pracy nad tekstem, a następnie do kontaktu z wydawcą. I tyle. A jeśli okaże się, że do pomyłki wcale nie doszło, tylko tekst po redakcji prezentuje się – jak w historii opisywanej przez Emilię – poniżej oczekiwanych standardów, to nie ma co zgrywać chojraka i robić coś, o co nas nie proszono.

„Drogie Koleżanki i drodzy Koledzy po fachu!

1. Nie, stawka kilkunastu złotych za godzinę to nie jest „niezła” stawka za waszą pracę. A przecież pracujemy niejednokrotnie za kilka złotych za godzinę (pozdrawiam redaktorów prowadzących z CH BECK, którzy nawet nie wiedzą, że ktokolwiek jest w stanie wynagrodzić korektora stawką 100-150 zł brutto za arkusz – to usłyszałam, kiedy poinformowałam wydawczynię, że 30 zł brutto za dwie korekty arkusza to za mało i nikogo jej do tej skurwysyńskiej pracy nie polecę, bo szanuję moich kolegów i moje koleżanki)”.

To prawda. Stawka 30 zł brutto za arkusz za dwie korekty jest poniżej krytyki, bo przy maksymalnej produktywności nie pozwoli na zarobek na godzinę w kwocie dwucyfrowej. Ale też ze stawką rzędu 100–150 zł brutto za korektę nigdy się nie spotkałem. Chwalmy tych – mówiąc o nich wprost (szkoda, że nie wiadomo, o kogo chodzi) – którzy doceniają naszą pracę!

„2. Jesteście mądrzy, zdolni, bystrzy itd. Zdarzają wam się gorsze momenty, ale taka natura tej roboty. Skończcie (skończmy) z myśleniem, że musicie pracować za tak łajdackie stawki, bo nie przebijecie szklanego sufitu, a i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto za takie wynagrodzenie zgodzi się pracować”.

Z tym też się zgodzę. W każdej branży, nie tylko naszej, zawsze znajdzie się ktoś, kto wykona pracę taniej. Ale to nie znaczy, by samemu godzić się na najniższe stawki! Walka cenowa nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Na zarzut, że zawsze znajdzie się ktoś tańszy, jest tylko jedna odpowiedź: zawsze znajdzie się klient, który zapłaci osobie najdroższej.

Nie walczmy cenami. Jasne, wydawcy zwykle narzucają swoje stawki. Wielokrotnie w rozmowach z redaktorami przywołuję historię swojej paruletniej współpracy z wydawnictwem Edgard (publikacje z serii Samo Sedno). Mimo kilku prób negocjacji wydawca nie był skłonny ani o złotówkę podnieść standardowej stawki 100 zł za redakcję i 50 zł za korektę. Przykre jest to w kontekście tego, że na eKorekcie zredagowaliśmy lub skorygowaliśmy (czasem jedno i drugie) ponad 100 publikacji dla Edgarda. I jeszcze bardziej przykre w świetle tego, że budżet na marketing jednej z ważniejszych publikacji sięgał jakichś astronomicznych sum (zdaje się, że 100 000 zł – informacja uzyskana bezpośrednio od pracowników wydawnictwa), podczas gdy wynagrodzenie za korektę tamtej książki liczone było w kwocie trzycyfrowej. Ostatecznie po parukrotnych nieudanych negocjacjach („bo takie mamy budżety” i „nic z tym nie można zrobić”) zdecydowałem się odmówić kolejnych zleceń.

Na drugim krańcu są jednak klienci – i to jest de facto puenta tego wpisu – którzy płacą tyle, na ile redaktor wyceni swoją pracę. Naszym zadaniem jest po prostu znaleźć tych, którzy docenią to, czym się zajmujemy. Mam wrażenie, że każda gównoburza wokół pracy redaktorów skupia się na tym, jak jesteśmy wykorzystywani i jak niewdzięczni bywają wydawcy. No bywają, ale co z tego? Jest cała masa firm i osób prywatnych, które cenią sobie poprawność językową i za komfort pracy z danym redaktorem są skłonne płacić tyle, ile on sobie zażyczy. Owszem, niełatwo ich znaleźć, ale przecież nie jest tak tylko w naszej branży. W każdym zawodzie są tacy, którzy psują rynek, ale uskarżanie się na nich do niczego nie prowadzi.

„3. (…) Powiedzmy głośno o swoich potrzebach, o patologiach w tej pracy, o naszym wypaleniu. (…) Powołajmy stowarzyszenie, które będzie się nami i tą piękną profesją opiekować. Wypracujmy standardy umowy, która będzie nas chronić w razie złamania ze strony wydawcy dobrych obyczajów merytorycznego przebiegu pracy nad książką”.

Gdy piszę te słowa, stowarzyszenie podobno już powstaje. W porządku, nie mam nic przeciwko. Tylko że biznes to biznes, po prostu. Każda współpraca jest de facto porozumieniem dwojga osób, w naszym wypadku – najczęściej nas i redaktora prowadzącego z wydawnictwa. To zadaniem obu stron transakcji jest dogadać się co do stawek, zakresu usługi itd. Stowarzyszenie nie pomoże w tym, by każdy z nas za swoje zlecenia otrzymywał odpowiednią stawkę. Mamy wolny rynek i sami musi zadbać o swoje interesy. Wydawnictwa to prywatne firmy, które mają prawo stawiać warunki współpracy. Nauczmy się sami bronić własnego interesu, bo na dłuższą metę nikt nas w tym nie wyręczy.

To tyle, jeśli chodzi o post Emilii, od której rozpoczęła się dyskusja w komentarzach. Historie, jakie w nich przytoczyły kolejne osoby, są zdumiewające. Ale i często niezrozumiałe – dlatego chcę się do nich odnieść.

 

Historia nr 1

„W zeszłym roku redagowałam książkę dla młodzieży, która była tak fatalnie przetłumaczona, z błędami gramatycznymi, stylistycznym[i] i merytorycznymi, że sama tłumaczyłam poszczególne zdania, a czasem nawet akapity. Oczywiście niby to nie moje zadanie, ale nie mogłam zostawić tego tekstu w takiej formie i z takimi koszmarkami językowymi”.

Tak, dobrze powiedziane: tłumaczenie nie jest zadaniem redaktora. Owszem, teksty, jakie dostajemy do zredagowania, bywają różne. I jest to zrozumiałe, bo różni są autorzy, różni są tłumacze. Ale niezrozumiałe dla mnie jest unoszenie się honorem i branie na siebie odpowiedzialności za inne etapy pracy nad publikacją. Jeśli tekst jest słabo napisany/przetłumaczony/zredagowany, to zamiast się irytować i wylewać żale, jak to wydawcy nas wykorzystują, musimy zacząć z nimi rozmawiać. Jaki problem w tym, by poinformować redaktora prowadzącego o jakości tekstu (może nie jest świadomy sytuacji?). Czemu nie renegocjować stawki? Jasne, całkiem możliwe, że spotkamy się z odmową. Ale trzeba próbować. W ostateczności ze zlecenia można zrezygnować (w konsekwencji wydawca zapewne nie zwróci się już z propozycją nowego zlecenia, ale czy na takich zleceniodawcach nam zależy?).

„Pracowałam nad nią ponad miesiąc i dostałam wynagrodzenie, za które w żadnym wypadku nie byłabym w stanie przez taki miesiąc się utrzymać…”.

I właśnie o to chodzi. Zwykle korzystniej po dniu czy dwóch zrezygnować ze zlecenia, niż brnąć w nie, by na końcu się przekonać, że niewarte było naszego czasu i naszych nerwów.

„Większość wydawnictw tnie koszty, redaktor i korektor to często ta sama osoba (nawet jak w stopce widnieją różne nazwiska), a czasami wręcz rezygnują z obu, bo przecież redaktor prowadzący świetnie sobie poradzi, wszystko sprawdzi, więc po co zatrudniać kogoś z zewnątrz…”.

Natomiast tych wniosków z całej tej historii już nie rozumiem. Nie spotkałem się i nie sądzę, by którykolwiek poważny wydawca decydował się na podawanie nieprawdziwych danych osobowych w stopce redakcyjnej.

Drugi wniosek jest równie oderwany od przytoczonej historii: skoro wydawnictwo samo da sobie radę, to co nas to obchodzi? Wydawnictwo jest prywatną firmą i nic nam do tego, jak ktoś prowadzi swój biznes. Zresztą skoro autorka otrzymała tekst do redakcji, to zaprzecza to wnioskowi, jakoby redaktor prowadzący sam jednak zajmował się tekstem.

 

Historia nr 2

„Wypalenie, o którym mówisz, dopadło mnie bardzo szybko. Powodem nie jest tu wcale praca – choć bywa nudna, żmudna i wymaga siedzenia na zadzie po całych dniach. Powodem byli ludzie.

Oferty z wydawnictw aspirujących do poważnych – 20–30 zł za arkusz korekty. Dziennie zrobię dwa arkusze, czyli moja dniówka to 40–60 zł. Obecnie lepsze warunki oferują dyskonty. Wolałabym chyba odsiedzieć swoje na kasie i dostać lepsze wynagrodzenie w terminie. Plus dodatki socjalne związane z jakąś w miarę ludzką umową, czyt. inną niż o dzieło”.

Nie spotkałem się ze stawkami rzędu 20–30 zł za korektę arkusza. Standardem w branży, niestety niezmiennym już od kilku lat, są kwoty 100 zł za redakcję i 50 zł za korektę jednego arkusza wydawniczego, oczywiście z drobnymi wahnięciami w obie strony (Wielka Litera oferuje wręcz kwoty odpowiednio 80 i 40 zł – zaskakujące, że w jednym z komentarzy ktoś wymienił to wydawnictwo jako godne polecenia; czyżby różni redaktorzy prowadzący oferowali różne stawki?).

Kolejna sprawa: tempo pracy. Korekta dobrze zredagowanego tekstu (a jeśli nie jest zredagowany – wracamy do historii nr 1) zajmuje 1–2 godzinę. To sprawia, że dziennie da się skorygować, bez wielkich poświęceń, 3–4 arkusze. Wówczas nawet typowa stawka rzędu 50 zł za arkusz pozwala na godziwą dniówkę i niezłe wynagrodzenie w skali miesiąca.

„Klienci indywidualni lub drobne firmy to osobny rozdział. Uważają, ze 2 zł za sczytanie naprawdę trudnego tekstu zupełnie pozbawionego polskich znaków to uczciwa stawka. Targują się o każdą złotówkę. Mnie by było wstyd się targować o złotówkę”.

Po pierwsze, teksty pozbawione polskich znaków trafiają się sporadycznie i obowiązkiem redaktora jest ujęcie tego w wycenie swojej pracy.

Po drugie, żaden rozsądny redaktor nie wycenia swojej pracy wg stawki 2 zł za stronę, a jeśli to kontrahent narzuca takie kwoty, to po co w ogóle wchodzić w taką współpracę? Ludzie, ceńmy się! Zamiast kopać się z koniem, skupmy się na szukaniu tych, którzy będą chętni wynagrodzić naszą pracę tak, jak sobie tego życzymy, zamiast przekonywać tych, którzy chcą zaoszczędzić.

Po trzecie, co w złego targowaniu się? Istotą całej naszej dyskusji jest swojego rodzaju targowanie się o wyższe stawki. Tak jak każdy ma prawo oczekiwać odpowiedniej zapłaty za swoją pracę, tak klient ma prawo do tego, by próbować jak najtaniej kupić nasz czas. Z moich doświadczeń nie wynika, by wielu klientów się targowało. A na wypadek tego, że druga strona może chcieć zbić cenę, warto już w pierwotnej wycenie uwzględnić ewentualny rabat. Klient będzie zadowolony, że zapłacił mniej, a my finalnie otrzymamy tyle, ile chcieliśmy. Czy to naprawdę takie trudne?

„Dodam, że targują się po wykonaniu przeze mnie pracy, a nie przed, czyli próbują nagiąć ustalone zasady”.

A to już inna sprawa. Wtedy pozostaje bronić się umową, o ile ją zawarliśmy. Prawdę mówiąc, mam jednak zupełnie inne doświadczenia, bo na tysiące (to nie jest hiperbola) zleceń, które wykonywałem, z trudem przychodzi mi przypomnienie sobie sytuacji, w której druga strona po otrzymaniu tekstu oczekiwałaby obniżenia stawki za usługę (kilkakrotnie zdarzyło mi się natomiast otrzymać napiwki – poważnie!).

„Na koniec okazuje się, że zapłata będzie, ale nie teraz”.

To też prawda, ale generalizacje do niczego nie prowadzą. W każdej branży są tacy, którzy płacą od razu, i tacy, od których pieniądze trzeba wręcz wyrywać siłą. Pozostaje współpracować z tymi, którzy płacą na czas. A poza tym (po raz kolejny!) rozmawiać – bo może wcale opóźnienie z zapłatą nie jest zawinione (częsta sytuacja!).

 

Historia nr 3

„Ja dodam jeszcze przykład bardzo nieładnej praktyki w pewnym wydawnictwie. Póki co nie chcę podawać nazwy, ale powoli wycofuję się ze współpracy (wreszcie mogę, bo mam wybór, którego długo nie miałam), więc może kiedyś podam”.

Szkoda, że po raz kolejny nie wiadomo, kim jest wydawca, który postępuje w niefajny sposób. Mam wrażenie, że wszystkie dyskusje o wydawcach-wyzyskiwaczach toczą się w oderwaniu od konkretów, a w szczególności bez podawania nazw tychże wydawców. Jak mamy na nich wpłynąć (czy choćby przestrzec przed nimi innych redaktorów), operując ogólnikami, które nic nie mówią?

„Otóż płaci się tam za stronę, ale… Wordowską. Nie za arkusz, nie za 1800 zzs. W związku z tym czasem zdarza się, że książka w rzeczywistości jest np. Z 50 stron dłuższa, niż wskazuje na to liczba stron w Wordzie. Rekord, z jakim się spotkałam, to 100 stron różnicy. Dają czcionkę 11,5 maks., interlinię pojedynczą… To wg mnie oszustwo, bo kto normalny ustawia takie parametry ot tak?”

Praktyka co najmniej osobliwa. Ale po co się na nią godzić? Przecież decydując się na taki sposób rozliczenia, sami narażamy się na ryzyko niskiego wynagrodzenia.

„Jedyny plus to ciągłość współpracy, książka za książką. Jednak stawka b. niska, w dodatku z oszustwem, i teksty bez redakcji. Korekta pojedyncza. Ja wreszcie zaczynam odrzucać takie oferty, ale wiadomo, jak ważna jest ciągłość zleceń w tym zawodzie, jak się nie jest na etacie”.

Pewnie, że jest ważna (wszystkich, którym brakuje zleceń, by zachować ciągłość pracy, zapraszam na eKorektę24), ale to nie znaczy, by godzić się na wszystkie warunki. Po raz kolejny: czy tak trudno porozmawiać z wydawcą i na spokojnie wyjaśnić, w czym rzecz? Jeśli jest uczciwy i zrozumie, czym grozi dla redaktora taki sposób rozliczeń, to być może zmieni podejście. A jeśli nie, to brnięcie w taką współpracę jest tylko proszeniem się o kłopoty. Skoro ktoś nie gra fair od początku, nie ma co liczyć na to, że nagle obsypie nas premiami, bo tak wspaniale nam się ze sobą współpracuje.

 

Historia nr 4

„Zdarzało się, że kiedy prace były w toku, tekst po składzie czytałam co najmniej 6 czy 7 razy. Ciągle wyłapywałam usterki. W profesjonalnym wydawnictwie tego typu zmagania z materią tekstu zostałyby rozłożone na kilka etapów: redakcję merytoryczną, I korektę, II korektę itp. Każdy z redaktorów i korektorów otrzymałby za swoją pracę adekwatną do niej stawkę. Każdy powinien robić to, co do niego należy, a nie jedna osoba wszystko naraz”.

Nie umiem tego zrozumieć. Ludzie, nie dajmy sobie wchodzić na głowę! Czy jak kupujecie chleb w sklepie, a potem wyjaśniacie, że za tę cenę liczyliście na 6 lub 7 bochenków, to spodziewacie się, że sprzedawca Wam przytaknie: „Ma pani rację. Ta cena za jeden bochenek była zbyt wygórowana. Proszę wziąć sześć kolejnych, to wtedy będziemy kwita”? Nasze usługi nie różnią się niczym od sprzedaży innych usług, a nawet produktów. Róbmy to, co do nas należy.

Nie mam oczywiście na myśli tego, by nigdy się nie wychylać. Wychodzenie przed szereg zawsze jest mile widziane i procentuje w przyszłości (kolejnymi zleceniami, polecaniem nas itd.). Ale pomiędzy uprzejmością a przyzwoleniem na wykorzystywanie się jest ostra granica, której nie sposób nie zauważyć! Rozumiem, że sytuacja finansowa nie zawsze pozwala na to, by móc odrzucać zlecenia, ale nie usprawiedliwia też tego, by robić to, na co się nie umówiliśmy. Trzymajcie się tego, co uzgodniliście z drugą stroną!

„Mam wrażenie, że kiedy 11 lat temu zaczynałam pracę jako redaktor i korektor, obowiązywały te same stawki za arkusz. Życie jest coraz droższe, ceny rosną, koszty pracy zdalnej również, a stawki za redakcję i korektę nie tylko stoją w miejscu, a wręcz w wielu przypadkach są skandalicznie niskie – spotkałam się z propozycją wynagrodzenia 50 zł brutto za arkusz wydawniczy za redakcję! W renomowanym wydawnictwie!”.

Ze stawką 50 zł za arkusz się nie spotkałem, ale odnoszę podobne wrażenie – pracę w branży zacząłem mniej więcej 8 lat temu i rzeczywiście stawki były podobne. Rzecz w tym, że mamy wolny rynek i to w naszej gestii leży walka o sensowne wynagrodzenia. Każda pojedyncza transakcja, każda pojedyncza wycena jest okazją do tego, by starać się o uczciwą zapłatę za swoją pracę. Nie zmienimy rynku, narzekając na wydawców na forum, na które nikt z nich nigdy nie zajrzy. Rynek możemy zmienić w codziennych kontaktach z wydawcami, mówiąc im o swoich oczekiwaniach finansowych. Ryzyko odmowy jest wpisane w naturę każdej transakcji, ale takie ryzyko trzeba ponosić, by ostatecznie znaleźć tych, którzy opłacą naszą pracę, byleby tylko zatrzymać nas przy sobie. Poklepując się ze współczuciem w naszym mikroświecie, użalając nad sobą i spędzając czas na Facebooku, nie poprawimy swojego losu. To, co możemy zrobić, to szukać klientów, którzy sowicie wynagrodzą naszą pracę. A że tacy są, to potwierdzam z własnego doświadczenia.

Nieprawdą jest to (jak czasem się słyszy), że nasza branża jest gorsza, że programiści czy prawnicy zarabiają kokosy, bo ich się szanuje, a nas nikt nie docenia. Nie każdy klient kierują się ceną! Nie raz usłyszałem wprost od klienta, że zdecydował się na eKorektę, bo nasza wycena była najwyższa. Oczywiście nie jest to reguła (ba – bywa rzadkością), ale też pozwala odpowiednio pozycjonować się na rynku i szukać tych, którzy są skłonni właściwie wynagrodzić naszą pracę. Profesja nie ma tu nic do rzeczy. Są prawnicy, którzy walczą ceną, ale są też redaktorzy, którzy się cenią i współpracują tylko z najlepszymi. Bierzmy przykład z tych drugich.

 

I jeszcze parę opinii…

„Niestety – dopóki ludzie w Polsce będą uważali humanistów za (w najlepszym razie) folklor nauki, dopóty przedstawiciele ww. zawodów będą tak traktowani”.

To pomylenie skutków z przyczynami. Opinia społeczeństwa jest wynikiem doświadczeń poszczególnych jednostek. Aby wydawcy nas cenili, musimy sami o to zadbać, a nie oczekiwać wielkich zmian w społeczeństwie. Każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie i swoje wynagrodzenie, a szukanie winy w takim, a nie innym postrzeganiu humanistów przez ludzi do niczego nie doprowadzi.

„Zgadzam się w stu procentach. Nasza praca to nie tylko czytanie tekstu i poprawianie błędów ortograficznych, to często redakcja surowego materiału lub tłumaczeń, a za to powinna być znacznie wyższa stawka! To jest faktycznie wyzysk i trzeba to zmienić!”.

I ja się zgadzam. W czym więc problem, by domagać się odpowiedniej zapłaty? Wyzyskiem jest praca, na którą się nie godziliśmy. Skoro nie zgłaszamy wydawcy uwag do proponowanych warunków współpracy, to znaczy, że je akceptujemy. Koniec, kropka.

 

Kilka wniosków na koniec, co zrobić, by dobrze zarabiać jako redaktor i korektor

Nie będę już mnożył kolejnych komentarzy, bo mam wrażenie, że się powtarzam. Ale to dobrze pokazuje, że za wszystkimi tymi przykrymi sytuacjami kryje się to samo: brak komunikacji i godzenie się na narzucane warunki współpracy.

Zdaję sobie sprawę, że czasem, zwłaszcza na początku drogi zawodowej, trzeba zaakceptować warunki drugiej strony. Ale zrzucanie winy wyłącznie na wydawców nic nie da, a tym bardziej nie poprawi sytuacji poszczególnych osób.

Co zatem można zrobić w zamian? Są przynajmniej trzy inne rozwiązania.

 

Po pierwsze: na wydawcach świat się nie kończy!

Wiem, że niektórzy podchodzą ambicjonalnie do zawodu i zależy im wyłącznie na pracy nad książkami, ale ci, którzy choćby na początku swojej kariery dopuszczają możliwość pracy dla innych osób czy firm, mają znacznie więcej okazji na dobrze płatne zlecenia.

Z moich kilkuletnich doświadczeń w prowadzeniu firmy wynika, że klientów można szukać wśród: agencji reklamowych (wszelkie materiały reklamowe), innych mniejszych i większych firm (cała paleta najróżniejszych zleceń), instytucji publicznych (tu również książki!), tłumaczy i biur tłumaczeń (również m.in. książki!), self-publisherów (książki!), blogerów (wpisy na blogach i inne projekty), a wreszcie studentów (prace dyplomowe). To nie jest lista zamknięta – wymieniłem jedynie te grupy klientów, których sam mam przyjemność obsługiwać najczęściej. A kolejnych wymieniać można by pewnie długo. To dowodzi, że wbrew obiegowej opinii nasz zawód jest szalenie perspektywiczny! I nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości redagowanie i korektę tekstów dało się zautomatyzować choćby w pewnym stopniu (nie wspominając o tym, że tekstów powstaje coraz więcej, choć ich jakość to już temat na odrębną dyskusję).

Współpraca z klientami innymi niż wydawcy ma też tę zaletę, że zwykle sami możemy wycenić swoją pracę. Przeciętny pracownik agencji marketingowej nie tylko nie odróżnia pojęć redakcji od korekty, lecz także nie wie, czy w danym przypadku właściwa będzie kwota 5, 10 czy 20 zł za stronę. Serio! W kontaktach z klientami innymi niż wydawcy to my uchodzimy za ekspertów, którzy wiedzą i doradzą, jaki zakres usługi będzie konieczny, ile będzie kosztować i ile czasu potrwa jej wykonanie. To wszystko sprawia, że możemy wycenić swoją pracę na tyle, na ile uznamy to za zasadne.

Oczywiście nie każdy zaakceptuje wycenę – dla jednych 3 zł za stronę będzie zbyt drogo, ale dla innych stawka 10 zł będzie jak okazja z nieba. Jak to możliwe? Zdradzę Wam sekret: dlatego że rzadko kiedy klienci są na tyle wytrwali, by zwracać się do wielu osób po wyceny, analizować je, porównywać i dopiero potem wybierać odpowiednią osobę. Jeśli ktoś zwraca się do Was z prośbą o pomoc, bardzo możliwe, że zdecydował się na kontakt z konkretnego powodu (po znajomości, z polecenia, na podstawie jakichś opinii itd.). Wówczas cena nie gra pierwszorzędnej roli, a to jest punkt wyjścia do tego, by móc się cenić.

Jedno zastrzeżenie na koniec: nie namawiam nikogo do zawyżania wycen. Daleko mi do tego. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że to od Was – i naprawdę tylko od Was, a nie od wyrachowanych, bezdusznych wydawców, którzy nas nie szanują i chcą nas wykorzystać do ostatka – zależy to, ile będziecie zarabiać. Oczywiście nie stanie się to w jeden dzień. Budowanie własnej marki, możliwość stawiania warunków i selekcjonowania zleceń – to wszystko wymaga czasu, ale jest w zasięgu każdego redaktora. I nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. Nie chcę, by brzmiało to jak motywacyjna gadka coachingowa, ale tak po prostu jest. Jeśli mnie się udało dojść do takiego miejsca (jestem przekonany, że wielu z Was znajdzie niejedno koślawe zdanie w tym tekście czy rażące powtórzenia – moja pięta achillesowa), to najlepszy dowód na to, że każdy sprawny i rzetelny redaktor ma szansę na to, by czuć się spełnionym zawodowo i finansowo.

 

Po drugie: piszcie do mnie!

U progu kariery zawodowej największym wyzwaniem jest znalezienie klientów. Dopóki nie ma ich wielu, trudno negocjować stawki, a z tego biorą się wszystkie przykre historie jak te przytoczone na Facebooku. Rozwiązaniem jest współpraca z taką tam eKorektą24. Moja firma jest pośrednikiem, co znaczy, że po stronie eKorekty24 są wszelkie obowiązki związane z obsługą zleceń: ich wyszukiwanie, wycenianie, odsyłanie, obsługa płatności, reklamacji, księgowość – mógłbym wymieniać jeszcze długo. Wiąże się to z tym, że nie jestem w stanie zaproponować (przynajmniej na razie, bo leży mi na sercu odpowiednie wynagradzanie współpracowników) takich stawek, jakich żądają sobie redaktorzy freelancerzy.

Za to korzyści ze współpracy jest wiele (a mogą to potwierdzić liczne osoby z naszej grupy redaktorskiej na fejsie, z którymi mam przyjemność współpracować). Oczywiście terminy bywają napięte, a teksty – czasem bliskie grafomaństwu, ale jeśli ktoś ceni sobie komfort pracy nad tekstem bez martwienia się o szukanie zleceń, dopominanie się o płatności, czasochłonne obsługiwanie klientów – zapraszam do kontaktu. Nie chcę robić tu żadnej autopromocji, a jedynie zwrócić Waszą uwagę na to, że są inne możliwości pracy, które też mogą pozwolić na sensowne zarobki.

 

Po trzecie: redagowanie tekstów nie musi być (od razu) głównym zajęciem

To zrozumiałe, że każdy, kto kocha swój zawód, chciałby poświęcać mu się w stu procentach. Ale tak łatwo w życiu nie jest. Ja wcale nie marzę o byciu redaktorem do końca życia i do tej pory zajmuję się obsługą najważniejszych zleceń, choć chciałbym już tylko zarządzać firmą. Ale wszystko jest kwestią czasu.

Zmierzam do tego, że jeśli nie jesteście w stanie związać końca z końcem, redagując teksty, to potraktujcie to najpierw jako zajęcie dodatkowe. Powtórzę to po raz kolejny: budowa własnej marki na rynku wymaga czasu. Potwierdzeniem tego są posty niektórych osób w dyskusji toczącej się na Facebooku.

Każdy z nas stawiał pierwsze kroki w zawodzie, nie był nikomu znany i godził się na proponowane warunki. Swoje pierwsze zlecenie trzeba czasem wykonać nawet wolontaryjnie, dziesiąte – poniżej stawki rynkowej, ale setne – już na własnych warunkach, a przy tysięcznym – popracujecie trzy dni w tygodniu, by przez pozostałe cztery odpoczywać.

To wymaga czasu. Ale czas i tak upłynie.

 

Dobre słowo na koniec

Zabierając się za napisanie tekstu, byłem pełen obaw, czy nie wbijam kija w mrowisko. W istocie zależy mi na tym, by podzielić się własnymi doświadczeniami i pokazać, że spełnienie się w zawodzie redaktora czy korektora jest w zasięgu każdego, kto zna się na tym fachu.

Jest dla mnie szalenie przykre, że kolejne osoby, które znam, odchodzą z zawodu tylko dlatego, że realia tej pracy okazały się dalekie od tego, jak zwykle postrzegamy pracę redaktorską. Ja też chciałbym w ciszy, zawinięty w koc cyzelować kolejne zdania powieści najpoczytniejszych pisarzy. Ale tak nie jest. Ba – nigdy nie będzie, chyba że dorobimy się kiedyś własnych asystentek :) Bo bycie redaktorem freelancerem to też negocjowanie stawek, upominanie się o płatności, podpisywanie umów, wystawianie rachunków lub faktur, ciągłe tłumaczenie, że korekta to nie redakcja, a przecinek przed „i” nie jest błędem. Im szybciej otrząśniemy się z idealistycznej wizji redaktora w papuciach z gorącą herbatą na biurku, tym mniej bolesne będzie zderzenie z rzeczywistością.

Nie wiem, czy kogokolwiek przekonałem tym wpisem, ale mam nadzieję, że wyniesiecie coś z tego, co pozwoli Wam zawalczyć o swoje miejsce na rynku. Ja wiem tylko tyle, że każdy, kto jest dobry w tym fachu (i się ceni!), prędzej czy później znajdzie klientów, którzy docenią jego umiejętności. Bo redaktorów na rynku może i jest sporo (co każdorazowo widać po liczbie zgłoszeń w odpowiedzi na jakąkolwiek ofertę pracy), ale naprawdę dobrych redaktorów – ze świecą szukać. Nie rezygnujcie z tej pracy tylko dlatego, że jedno, drugie, piąte czy nawet dziesiąte zlecenie okazało się nietrafione i niewarte Waszego czasu. To minie, a każda kolejna praca i każdy nowy klient jest szansą na to, że będzie to człowiek, który opłaci Waszą pracę tak, jak sobie zamarzycie. I tego Wam życzę!

komentarzy 5

Dziękuję ze trzeźwe spojrzenie na sprawę. Może to przykre, że inni nie doceniają pracy korektora/redaktora, ale – tak jak Pan wskazał – starajmy się to zmienić albo pogódźmy się z tym! Na rynku wydawniczym jest kryzys. Ludzie czytają coraz mniej książek. W związku z tym osoby pracujące w tej branży również zarabiają niewiele. Przecież nikt nie zmusza nikogo do bycia korektorem/redaktorem. W związku z tym nie rozumiem zupełnie – tu w przeciwieństwie do Pana – pojęcia „psucie rynku”. Jeśli ktoś chce pracować za 1 zł za stronę, to niech pracuje. Kogo to boli? Każdy jest kowalem swojego losu i każdy w życiu ma WYBÓR. Co ma powiedzieć utalentowany wokalista (a ich przecież, oglądając różne telewizyjne show, zobaczyć i usłyszeć można tak wielu i tak zdolnych), że on ćwiczył całe życie i teraz żąda sławy oraz pieniędzy? Nie. Może – tak jak Pan napisał – czas najwyższy zmienić obraz osoby pracującej nad książką: pięknej aktorki, w ciepłych papciach, popijającej gorące kakao, zarabiającej krocie na przyjemny, lekkim czytaniu powieści znanego autora. Jeśli ktoś jest zdolny, mądry i trochę chociaż zaradny, to sobie poradzi. Zawsze można zmienić branżę, a nie wymagać, aby branża zmieniła się dla nas. I na koniec dodam, że przykre jest to, kiedy przełożeni nas nie szanują, ale ich raczej pod tym względem nie zmienimy, a na swoje miejsce pracy wpływ zawsze mamy.

by Em. on 18 sierpnia 2017 at 18:06. Odpowiedz #

Muszę przyznać, że podchodziłam do tego tekstu jak do jeża, ale nie żałuję przeczytania. Co więcej, muszę przyznać rację i, co jest dość zaskakujące, czuję się podniesiona na duchu. Dlatego dziękuję :)

by Katarzyna on 18 sierpnia 2017 at 18:37. Odpowiedz #

Dziękuję za ten tekst i podzielam Pański punkt widzenia. Całkiem podobne dyskusje, do których się Pan odniósł, toczą się na forach i grupach dla tłumaczy :) (zawsze w takich przypadkach mnie zaskakuje, ile ludzie mają czasu na takie konwersacje – ja go nie mam). Zajmuję się tłumaczeniami i korektami dodatkowo – lubię to robić, ale (przynajmniej na razie) wiem, że w tym momencie skupienie się tylko na takiej pracy nie dałoby mi satysfakcjonujących wyników finansowych. A dla tych, co narzekają, że humanistów się nie docenia – skończyłam dwa kierunki filologiczne i tyle się nasłuchałam, że humaniści to przyszli bezrobotni, że starałam się zrobić wszystko, aby w moim przypadku tak nie było. Kiedy zaczęłam pracę na drugim roku studiów, tak do teraz (odpukać), a minęło już parę lat odkąd skończyłam studia, na brak pracy nie narzekam i nie miałam problemów z jej szukaniem / zmienianiem. A część z tych inżynierów i ekonomistów, którzy te hasła o bezrobotnych humanistach wygłaszali, wcale wspaniałych karier nie zrobili. Wiele zależy od podejścia, wiele też jest kwestią wyboru.

by Daga on 19 sierpnia 2017 at 22:12. Odpowiedz #

>>Historia nr 3
„Ja dodam jeszcze przykład bardzo nieładnej praktyki w pewnym wydawnictwie. Póki co nie chcę podawać nazwy<<

Redaktor, który używa paskudnego rusycyzmu "póki co"… To jak wycenić taką redakcję?

by hmmmm on 28 lutego 2018 at 21:07. Odpowiedz #

Czy ja wiem, czy paskudny… Polszczyzna pełna jest zapożyczeń (jak każdy język). „Póki co” nie wydaje mi się gorsze (ani tym bardziej godne potępienia) od „mieć miejsce”, „tym niemniej” czy „rzecz w tym”. Wszystkie te wyrażenia są zapożyczeniami, i to chętnie używanymi przez Polaków. Czy jest sens z tym walczyć? Bo moim zdaniem nie.

by Ardenno on 28 lutego 2018 at 21:20. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)