[497 #5] Napisałem książkę! Trzy wnioski po roku pisania książki – i kody rabatowe na „497 błędów” dla czytelników bloga!

16.12.2018

Gdy byłem nastolatkiem, wymarzyłem sobie, że kiedyś napiszę książkę. Od tamtej pory minęło ze 20 lat. Ale mogę to wreszcie powiedzieć: napisałem książkę! O, taką:

497 błędów okładka

Dziś już ostatni dzień przedsprzedaży – książkę można kupić na 497bledow.pl. Ten wpis powinien ukazać się tu dawno temu, ale nie zdołałem wykrzesać z siebie tych kilku akapitów. Żeby wynagrodzić Wam brak wcześniejszych informacji o książce, na końcu wpisu zamieszczam kody rabatowe pozwalające zamówić książkę w cenach z przedsprzedaży.

Pisanie książki było fascynującą, choć wyczerpującą przygodą. Rozpiera mnie duma, mimo że ostatnie miesiące dały mi w kość. Na blogu nie pisałem już od lipca, żeby tylko zdążyć z publikacją na święta. Miałem przez ten czas sporo przemyśleń na temat pisania książki i kilkoma z nich chciałem się z Wami podzielić.

1. Pisanie książki a perfekcjonizm

Nie ma co kryć: napisanie książki wymaga czasu. Dałem sobie na to rok. Przygotowałem sobie dość ogólny plan pracy nad książką i opublikowałem go na blogu w styczniu tego roku. Czy plan się sprawdził? Jakby to delikatnie powiedzieć… Nie bardzo.

W pewnym momencie plan służył mi tylko do tego, by wyrzucać z niego kolejne czynności, które nie są niezbędne do wydania książki i które bez większej szkody dla czytelników mogę odłożyć na czas drugiego wydania. Tym samym książka nie zawiera rysunków, nie pozyskałem rekomendacji ani opinii pierwszych czytelników (książki dopiero wczoraj opuściły drukarnię) i nie zdążyłem z wydaniem książki na mikołajki. Początkowo łudziłem się, że w którymś momencie nadgonię zaległości, ale z każdym kolejnym miesiącem były coraz większe obsuwy. Dość powiedzieć, że pisanie książki miałem zakończyć w czerwcu, a jeszcze w listopadzie (!) dopisywałem zakończenie.

Żeby zdążyć na czas, pracowaliśmy nad książką fragmentarycznie: gdy ja kończyłem pisanie, Marta redagowała wcześniejsze rozdziały, graficzka składała te, które już były zredagowane, a Marysia z Adamem korygowali te po składzie. Istne wariactwo! Kompletnie nie tak to sobie wyobrażałem. Za cel stawiałem sobie to, by wszyscy mogli pracować bez stresu i pośpiechu. Niestety było zupełnie odwrotnie. Wina leży wyłącznie po mojej stronie. Przeszacowałem swoje możliwości i pisałem znacznie dłużej, niż planowałem. Na szczęście, dzięki zaangażowaniu i oddaniu wszystkich osób, które pracowały nad książką (jeszcze raz Wam dziękuję!), udało się wydać książkę przed świętami.

Pisanie książki było dla mnie solidną lekcją oduczania się perfekcjonizmu. Chciałem, by 497 błędów prezentowało się pięknie (to akurat chyba się udało), ale z wielu rzeczy musiałem zrezygnować. Z natury jestem perfekcjonistą – jak chyba każdy redaktor i korektor – i dużo wysiłku kosztowało mnie to, by nie skupiać się w nieskończoność na detalach. Perfekcjonizm w większości wypadków jest ciężarem, ale jeśli zdoła się go ujarzmić, to praca idzie do przodu. Serio!

2. Spełnienie marzenia a poczucie własnej wartości

Od dziecka moim marzeniem było napisanie książki. Ciągle trudno mi uwierzyć, że to zrobiłem. Wcześniej głupio było mi już mówić, że chcę napisać książkę. Bo ile można! To była jedna z tych niekończących się obietnic, w które nikt już nie wierzy. Znacie to uczucie? Chcesz schudnąć, marzysz o własnej firmie, o wielomiesięcznej podróży po świecie, o własnym domu. Ilu z nas, tyle marzeń. Ale im dłużej są niespełnione, tym większą stają się zmorą, prowadzą do frustracji i utraty wiary we własne możliwości.

Był 3 grudnia, gdy z ręką na sercu wysłałem do drukarni maila z magicznym „Akceptuję”. Od tej pory nie było już odwrotu. Nie miałem prawa dostawić ani kropki, za to mogłem obwieścić światu: napisałem książkę! A za dwa dni zobaczę 3500 egzemplarzy w magazynie i po raz pierwszy chwycę swoją książkę w ręce…

Robię się sentymentalny, więc przejdę do rzeczy. Otóż pisanie książki utwierdziło mnie w tym, że warto zrobić co w naszej mocy, by spełnić marzenia. By kiedyś nie żałować tego, że nie daliśmy z siebie wszystkiego. Napisanie książki sprawiło, że po prostu czuję się spełniony. Jasne, to tylko poradnik. Niby nic wielkiego. Ale marzeń nie da się mierzyć jedną miarą. Dla mnie to było coś szalenie ważnego i wszystkie wyrzeczenia z ostatnich miesięcy w jednej chwili straciły na znaczeniu.

3. Życie jest łatwiejsze, gdy nie trzeba martwić się o pieniądze

Marzenia to jedno, ale nie zdecydowałbym się na napisanie książki, gdyby to była tylko – i to szalenie droga – zachcianka. Wydanie książki kosztowało ogromne pieniądze, zwróciła mi się dopiero połowa kosztów (o stronie finansowej wydawania książki własnym sumptem opowiem w innym wpisie). Jestem jednak przekonany, że prędzej czy później książka zacznie przynosić dochód i pozwoli na zarobek nieporównywalnie większy, niż gdybym zdecydował się na wydanie książki w tradycyjnym wydawnictwie.

Sprzedaż produktów daje o wiele więcej swobody niż biznes usługowy. Prowadzę eKorektę od blisko 10 lat i choć obroty z roku na rok rosną, obsługa każdego zlecenia jest po prostu czasochłonna. Od dłuższego czasu byłem zmęczony tym, ile pracy muszę wkładać w obsługę zleceń. Jeśli pracuję – firma zarabia. Jeśli zamarzą mi się wakacje bez komputera, to… No właśnie. Nie pamiętam, kiedy (nie licząc niedziel, i tylko niektórych) spędziłem dzień bez zaglądania na skrzynkę firmową. Wydanie książki nie sprawi oczywiście, że zaraz wezmę sobie wolne na pół miesiąca. Dopóki sam wyceniam zlecenia i zarządzam pracą redaktorów, o wakacjach bez komputera nadal mogę tylko pomarzyć.

Dziś każdy dzień zaczynam od tego, że pędzę do komputera i sprawdzam liczbę zamówień, które spłynęły przez noc. Może to brzmi śmiesznie i przyziemnie, ale śledzenie kolejnych zamówień daje mnóstwo frajdy! Mam poczucie, że udało mi się wreszcie zadbać o bezpieczeństwo naszej rodziny – i właśnie to jest w tym wszystkim najważniejsze. Książkę zamówiło dotychczas ponad 600 osób, z czego wiele zamówień obejmuje więcej niż jeden egzemplarz. Tak wyglądały zamówienia 10. dnia od chwili rozpoczęcia sprzedaży:

497 błędów zamówienia

Wielkość sprzedaży mnie onieśmiela. Mam poczucie, że po latach starań, nietrafionych inwestycji i utopionych kosztów wreszcie złapałem Boga za nogi. Ale im bardziej się cieszę, tym mocniej się lękam. Boję się, że lada chwila czar pryśnie. Gdy przez dłuższy czas nie pojawiają się nowe zamówienia, panikuję, że oto koniec. Nikt więcej książki nie kupi, wyczerpałem możliwości, nie pokryję nawet kosztów wydania książki, niesprzedane egzemplarze w magazynie pokryje kurz, przez lata pogniją, w końcu je wyrzucę, zamknę się w domu i nigdy więcej nie przyznam się do tego, że kiedykolwiek coś napisałem… Wiem, te myśli są absurdalne, ale ciągle trudno mi je odgonić.

Z obawą wyczekuję też pierwszych recenzji czytelników. Mam poczucie, że udało mi się przelać na papier mnóstwo wiedzy, ale może to tylko subiektywne wrażenie? Co jeśli posypią się głównie negatywne opinie i trafią na lubimyczytać? A potem profil z książką zacznie okupować pierwsze miejsce w Google i nikt więcej książki nie zamówi? Mam mętlik w głowie, a nic już przecież w książce nie zmienię. Jeśli więc uznacie książkę za wartościową – dajcie znać! A jeśli nie – oczywiście też, a ja wyciągnę odpowiednie wnioski przy pracy nad drugim wydaniem.

Rabaty na darmową dostawę!

Ten wpis publikuję niestety z dużym opóźnieniem, w ostatni dzień przedsprzedaży. Dla wszystkich, którzy przeoczyli możliwość zakupu książki w przedsprzedaży, przygotowałem kody rabatowe na darmową dostawę – a więc ceny poszczególnych pakietów są takie same jak w trakcie przedsprzedaży.

Rabaty będą działać od 17 do 31 grudnia 2018 r. Oto rabaty dla poszczególnych pakietów:

– 1 egzemplarz – kod: blog1 (rabat w wysokości 10 zł),

– 2 egzemplarze – kod: blog2 (rabat w wysokości 20,40 zł),

– 3 egzemplarze – kod: blog3 (rabat w wysokości 40,10 zł).

Powyższe rabaty obejmują zniżkę w wysokości 10 zł za dostawę + zniżkę za zakup większej liczby egzemplarzy. Wystarczy użyć powyższych kodów, bez podawania kodów wymienionych na stronie z książką (bo nie da się użyć w koszyku z zamówieniem dwóch różnych kodów).

To tyle ode mnie. Niebawem, gdy tylko ochłonę po pierwszych dniach sprzedaży, wrócę do opisu kolejnych etapów wydania książki. A wszystkich, których fascynuje poprawność językowa – zapraszam oczywiście na 497bledow.pl.

komentarze 4

Gratuluję spełnionego marzenia. :) Trema i obawy są zawsze, obserwuję to u piszących znajomych, tych publikujących samodzielnie i w wydawnictwach. Ale grunt, że ten największy wysiłek już za Tobą, teraz trzeba się cieszyć! Liczba zamówień jest całkiem niezła jak na ten moment, a myślę, że rynek się tak szybko nie nasyci – tego typu książki są bardzo potrzebne i jeśli ta sprawdzi się w lekturze, to zacznie być polecana metodą szeptaną przez kolejne kręgi redaktorów i innych czytaczy i sobie jeszcze trochę pożyje. :) A ja mam prośbę… Chciałabym, żeby w dedykacji w mojej książce znalazł się jakiś błąd, wtedy miałabym unikatowy egzemplarz z 498 błędami. :D Z pewnością, podpisując kilkaset książek, będziesz miał czas i siłę pamiętać o takiej skromnej prośbie, he, he… Chociaż a nuż? ;)

by Małgorzata Przybyszewska on 16 grudnia 2018 at 15:09. Odpowiedz #

Błąd w dedykacji? Ostro! Ale będę pamiętał :)

by Ardenno on 16 grudnia 2018 at 15:50. Odpowiedz #

Panie Łukaszu, znam ten ból jaki się odczuwa kiedy trzeba podjąć decyzję o zakończeniu dzieła. Po 2 latach pisania rodzinnej sagi, dwa dni przed wysłaniem do druku, mechanicznemu uszkodzeniu uległ twardy dysk.
Straciłem wszystko! Całą sagę + 35 tysięcy zdjęć i skanów. Uważałem, że nowy sprzęt nie powinien nawalić, ale złośliwość rzeczy martwych …….
Mogłem się załamać, bliższa i dalsza rodzina oczekująca na historię rodu zaczęła ponaglać mnie abym zaczął od nowa bo ludzie odchodzą.
Szczęściem Pana książka jest ponadczasowa. Moja ukaże się może za pół roku (po 6 latach od pierwszego zapisu), może będzie miała kilkoro czytelników. Ale z mojego punktu widzenia,
dzięki tej awarii udało mi się znaleźć wiele nowych wątków i dokumentów.
Te 35 tysięcy *jpg zginęło bezpowrotnie. Boli do dziś, też jestem perfekcjonistą. Ale już robię kopie zapasowe. Panu zaś gratuluję ukończenia dzieła, satysfakcji i zadowolenia z edycji oraz życzę
sprzedania całego nakładu.
Krzysztof

by Krzysztof on 16 grudnia 2018 at 21:08. Odpowiedz #

Panie Krzysztofie,

bardzo mi przykro z powodu utraty plików. Aż trudno mi sobie wyobrazić, co musiał Pan wtedy czuć. Ja bym się chyba załamał. Ale też dlatego, pisząc książkę, każdego dnia robiłem kopie zapasowe i u mnie na dysku książka jest w kilkuset plikach, w tym mam kopie na mailu i na dysku sieciowym. Polecam na przyszłość kopie zapasowe, bo mogą uratować życie :)

by Ardenno on 20 grudnia 2018 at 21:46. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)