fbpx

[497 #6] Wydałem książkę i jestem do tyłu… 23 952 zł. Czy na wydaniu książki można zarobić? Ile kosztuje wydanie książki? Ile zarabia self-publisher?

6.02.2019

Jak wydać książkę 497 błędów

Dziś już wiem, że wydanie książki było najlepszą inwestycją biznesową, na jaką się porwałem. I to mimo że po sprzedaniu ok. 1000 egzemplarzy mam w plecy… 23 952 zł. Jak to w ogóle możliwe?

O tym, ile kosztuje wydanie książki, czy na self-publishingu da się zarobić i czy nie lepiej wydać książkę w tradycyjnym wydawnictwie, będzie właśnie ten wpis.

 

***

Krótkie wyjaśnienie: niniejszy wpis stanowi podsumowanie cyklu wpisów o wydawaniu książki 497 błędów.

A tutaj znajdują się wszystkie wpisy z tego cyklu –> cykl 6 wpisów na temat wydawania książki.

***

 

Ile kosztuje wydanie książki własnym sumptem?

Zacznę od banału, ale trzeba to powiedzieć wprost: wydanie książki kosztuje, i to niemało. Książka to po prostu produkt, a sprzedaż produktów – w przeciwieństwie do biznesu usługowego – wymaga wyłożenia na starcie mniejszej lub większej gotówki. Inaczej działa to choćby na eKorekcie24. Gdy klient wpłaca 200 zł, redaktorowi mogę wypłacić ok. 100 zł, z tym że koszt jego pracy po uwzględnieniu zaliczki na podatek dochodowy wyniesie dokładnie 116,82 zł. Z kolei VAT z 200 zł to 37,40 zł, a więc dochód przed opodatkowaniem wynosi niespełna 46 zł, czyli mniej niż 25% z pierwotnej płatności klienta.

Dla porównania: obecnie sprzedaż książki pozwala mi na uzyskanie marży wynoszącej ok. 50%, przy czym obsługa sklepu jest niemal w pełni zautomatyzowana, a większość problemów z zamówieniami rozwiązuje firma logistyczna. Wniosek nasuwa się jeden: sprzedaż produktów jawi się jak żyła złota. Mimo to jestem ciągle (sporo!) pod kreską. Zaraz wyjaśnię dlaczego…

Na wstępie jeszcze istotna uwaga: wszystkie kwoty podawane w dalszej części wpisu są kwotami brutto (chyba że w danym przypadku wprost posługuję się określeniem „netto”). Kwoty te zawierają więc VAT – niekiedy 5% (druk i sprzedaż książki), kiedy indziej – 23% (różne usługi). Czasem VAT nie jest naliczany, zamiast tego podany koszt zawiera zaliczkę na podatek dochodowy (w przypadku współpracowników). W każdym razie oznacza to tyle, że wszystkie sumy, jakie podaję, to kwoty, jakie rzeczywiście trzeba zapłacić pracownikom, wykonawcy czy danej firmie.

 

Ile kosztuje druk książki?

Zwykle największym kosztem w całym procesie wydawniczym jest druk książki.

Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że wyróżnia się dwa rodzaje druku:

1. druk offsetowy (dla dużych nakładów)

2. albo druk cyfrowy (opłacalny do kilkuset egzemplarzy).

W przypadku tego pierwszego koszt druku pojedynczego egzemplarza maleje wraz z nakładem, z kolei druk cyfrowy (np. Drukarnia Sowa, która chyba też ma związek z projektem Wydać Książkę) pozwala nawet na wydrukowanie pojedynczego egzemplarza. Mimo to stawki druku cyfrowego nie są zbyt zachęcające. Gdy szukałem drukarni dla 497 błędów, jedna z drukarń cyfrowych wprost stwierdziła, że nie jest to opłacalne przy nakładzie 1000 egzemplarzy (taki planowałem), a właściciel drugiej bez pardonu wysłał mi wycenę na… 49,20 zł za egzemplarz. Nie wiem, po ile miałbym sprzedawać książkę, żeby to było opłacalne i – przede wszystkim – atrakcyjne dla czytelników. Słyszałem również o przypadkach wycen druku cyfrowego sięgających nawet 600 zł za egzemplarz (nakład kilkudziesięciu sztuk)!

Innymi słowy: każdy, kto planuje nie tyle wydać książkę, ile przede wszystkim mieć z niej zysk, powinien zdecydować się na druk offsetowy, który jest po prostu tańszy. O ile? Podobno którąś część Harry’ego Pottera drukowano po 2,50 zł. Gdy pierwszy razy to usłyszałem, trudno było mi w to uwierzyć, ale dziś wiem, że prawdopodobnie jest to możliwe.

Przechodząc do rzeczy: wydrukowanie 497 błędów (książka w całości w kolorze) kosztowało mnie ostatecznie 11,67 zł netto za egzemplarz. Dla porównania Michał Szafrański drukował Finansowego ninja za niespełna 7 zł netto. Różnica w tych kwotach wzięła się z dwóch powodów: rodzaju druku (kolor vs. druk czarno-biały), nakładu (3500 vs. 10 000). Takim celebrytą, żeby zamawiać na wejściu 10 000 egz., to nie jestem, ale dobrze się stało, że planowany nakład 1000 egz. podniosłem do 3500 egz. Nakład 1000 egz. wyczerpał się z końcem grudnia, a dzięki zamówieniu większej liczby książek mogłem liczyć na niższą cenę za egzemplarz.

Gdy początkowo zwróciłem się do drukarń z zapytaniami o wycenę, byłem trochę przerażony. Pierwsza wycena (kolor, 500 str., okładka miękka, 1000 egz.) oscylowała wokół kwoty 20 zł za egz. Kolejne były nieco niższe, ale wszystkie wynosiły powyżej 15 zł netto. Dopiero zwiększenie nakładu do 3000 egz. znacząco wpłynęło na obniżenie kosztów druku do ok. 10 zł netto.

 

Gdzie drukowałem książkę? I dlaczego?

Wybrałem ostatecznie Białostockie Zakłady Graficzne. Od początku bardzo sobie ceniłem świetny kontakt – rzeczowa i przyjemna 15-minutowa rozmowa z klientem, który nawet nie reprezentuje znanego wydawnictwa, to było coś. Najbardziej przekonało mnie to, że po wysłaniu parametrów książki do wyceny tylko pracowniczka tej drukarni zasugerowała mi (i raczej słusznie) zmianę papieru na grubszy (z 80 na 90 g), żeby druk nie przebijał na drugą stronę. Z pozostałych kilku drukarń otrzymałem wyłącznie ustandaryzowane wyceny bez słowa komentarza ze strony pracownika na temat proponowanych parametrów druku.

Była to druga z najniższych wycen. Ostateczny koszt z poziomu ok. 10 zł wzrósł do wspomnianych 11,67 zł za egz. ze względu na zmianę okładki z miękkiej na zintegrowaną (+ 1 zł) i dodanie uwielbianej przeze mnie tasiemki (ok. 0,25 zł), czyli kawałka materiału służącego do zaznaczania stron. Swoją drogą – czemu tak mało książek je ma?!

O wyceny z drukarń prosiłem jeszcze przed skończeniem składu książki. Szacowałem, że całość będzie liczyć ok. 500 stron. Ostateczna objętość 497 błędów wyniosła 464 strony. Ponieważ drukarnia zamówiła już materiały do druku książki, czyli nieco większą ilość papieru, musiałem zwiększyć nakład, żeby utrzymać cenę za egzemplarz. Ostatecznie zamówienie obejmowało druk 3500 egzemplarzy, a koszt usługi wyniósł 40 829,25 zł.

Plusem drukarni było to, że płatność drugiej raty (50%) następuje dopiero po wysłaniu całego nakładu, a faktura ma 30-dniowy termin płatności. Taki sposób rozliczenia pozwala opłacić drugą część faktury już z płatności otrzymanych po rozpoczęciu sprzedaży książki. Biorąc pod uwagę niemałe koszty druku, nie jest to bez znaczenia. Inne drukarnie również pozwalały na dzielenie płatności na raty, ale np. oczekiwały płatności drugiej raty jeszcze przed dniem wysłania wydrukowanego nakładu.

 

Ile kosztuje redakcja tekstu?

Druk książki stanowi najwyższy koszt w całym procesie wydania książki. Ale wróćmy do początków prac nad książką.

Po postawieniu ostatniej kropki pora na redakcję tekstu. Ile kosztuje redakcja tekstu? Stawki zależą od wielu czynników – od objętości książki (im dłuższa, tym niższa stawka), od jej specyfiki, od liczby błędów (im więcej, tym wyższa stawka) itd. Miarą wydawniczą obowiązującą w branży edytorskiej jest arkusz wydawniczy, czyli tekst liczący 40 000 zn. ze spacjami (objętość tekstu w Wordzie można szybko sprawdzić w „Statystyce wyrazów” – aby ją wyświetlić, wystarczy kliknąć CTRL + SHIFT + G).

Stawka za redakcję 497 błędów wyniosła 180 zł za arkusz, przy czym była to niejako stawka wewnątrzfirmowa, a więc pokrywała jedynie koszt pracy redaktorki. Podobne zlecenie z zewnątrz musiałbym wycenić znacznie wyżej, ale nie da się ukryć, że 497 błędów jest książką bardzo skomplikowaną edytorsko. Na palcach jednej ręki mógłbym zliczyć rzeczywiste zlecenia, które sprawiły nam więcej problemów niż praca nad moją książką :) W każdym razie książka liczyła ok. 20 arkuszy (blisko 800 000 zn. ze spacjami), zatem łączny koszt redakcji wyniósł 3687 zł.

A tak prezentuje się redakcja jednej strony w Wordzie książki napisanej przez… redaktora (głupio to pisać, biorąc pod uwagę liczbę poprawek – powierzyłem jednak książkę najlepszej redaktorce, jaką znam!). Poprawki redakcyjne oznaczone są na marginesie (te czerwone podświetlenia to jedynie oznaczenia błędnych form na potrzeby składu książki).

Redakcja tekstu przykład

 

Ile kosztuje skład książki?

Kolejnym etapem pracy jest skład książki (nazywany też łamaniem książki), czyli przygotowanie jej do druku. Książek zasadniczo nie drukuje się na podstawie pliku z Worda (choć znam autorów – i w pewnych okolicznościach chyba nie jest to nawet głupi pomysł – którzy generowali pliki PDF dla drukarni właśnie na podstawie pliku wordowskiego). Zazwyczaj jednak skład książki odbywa się w specjalistycznym programie do składu tekstu, najczęściej w InDesignie. Osoby, które się tym zajmują, nazywane są w różny sposób: „operator DTP”, „składacz” czy po prostu „grafik”. Efektem pracy takiej osoby jest plik PDF, który przekazuje się do korekty, a później, po naniesieniu poprawek z korekty – do druku.

Jak przebiega skład tekstu? Punktem wyjścia jest projekt makiety książki, czyli skład wybranych fragmentów książki, który pozwoli na przedstawienie koncepcji tego, jak książka będzie wyglądać. To właśnie na tym etapie ustala się format książki, krój pisma, marginesy, interlinie, wygląd wszelkich innych elementów tekstu (ramki, tabele itd.). Makieta powinna obejmować wszystkie elementy książki, tak by autor mógł się zapoznać z ich wyglądem.

Po ustaleniu finalnej wersji makiety książki następuje właściwy skład tekstu. W przypadku mojej książki skład tekstu odbywał się etapowo, czyli rozdział po rozdziale. Bywało tak, że gdy pierwszy rozdział był już składany, ostatni jeszcze nawet nie trafił do redakcji – wspominałem o tym w poprzednim wpisie. Nie jest to najlepszy sposób pracy nad książką i dla komfortu wszystkich osób zajmujących się książką warto trzymać się tego, by najpierw odbyła się redakcja całości książki, następnie zaś do składu trafiła również jej całość, a nie tylko fragmenty.

Ile kosztował skład tekstu? Jak wspomniałem, 497 błędów jest książką specyficzną pod względem edytorskim. Myślę, że pobiłem wszelkie rekordy pod względem użycia kolorów, kursyw i pogrubień – a wszelkie wyróżnienia tekstu mają niebagatelne znaczenie w przypadku składu książki. Ostatecznie koszt składu książki (wraz ze stworzeniem okładki) wyniósł 5600 zł.

 

Ile kosztuje korekta książki?

Po wykonaniu składu przychodzi czas na korektę tekstu, czyli sczytanie pliku PDF po składzie. Poprawki nanoszone są na nieedytowalnym pliku PDF, a za ich naniesienie odpowiedzialna jest osoba zajmująca się składem książki, która ma dostęp do edytowalnego pliku w programie do składu tekstu.

Przyjęło się w branży wydawniczej, że koszt korekty to połowa stawki za redakcję tekstu. Dobrze to odzwierciedla nakład czasu pracy, jaki należy poświęcić na korektę, bo rzeczywiście zwykle korekta trwa o połowę krócej (do 2 godzin na arkusz w przypadku dobrze zredagowanej książki). Tym samym stawka za korektę wyniosła 90 zł za arkusz, co po pewnym zaokrągleniu (ze względu na wariackie tempo wydania książki) przełożyło się na łączny koszt w wysokości 2000 zł.

A tak wygląda przykładowa korekta książki:

Korekta tekstu w PDF przykład

 

Podsumowanie kosztów wydania książki

Wszystkie koszty związane z samym opracowaniem książki – od redakcji aż po druk – zamknęły się w kwocie 52 116 zł.

Nie były to jedyne koszty związane z wydaniem 497 błędów. Wcześniej, na potrzeby promocji, opracowałem darmowy fragment – koszty przygotowania go wyniosły 1363 zł.

Sprzedaż książki odbywa się wyłącznie przez internet, a przygotowanie strony sprzedażowej kosztowało łącznie 1968 zł. Prace programistyczne dzieliły się dwa etapy – najpierw strona 497bledow.pl pełniła funkcję landing page’a do zbierania kontaktów do osób zainteresowanych zakupem książki (koszt stworzenia strony: 1476 zł). Ten etap prac opisałem wcześniej we wpisie [497 #3] Tworzenie landing page’a do książki. Z końcem listopada strona została nieznacznie przebudowana, by możliwe było składanie zamówień (koszt modyfikacji: 492 zł).

Ostatnie koszty dotyczyły konsultacji pod kątem RODO (1230 zł), zredagowania mailingów i wpisów na blog (160,28 zł), wykupienia reklam na Facebooku (łącznie 1500 zł) czy opłacenia trzech domen (36,72 zł).

Łączne koszty niezwiązane z samym procesem przygotowania książki wyniosły 6258 zł. W połączeniu z kwotą 52 116 zł daje to łączną sumę 58 374 zł. Największy koszt, bo stanowiący ponad 2/3 wszystkich wydatków, stanowił druk książki w kwocie ponad 40 000 zł.

Oto tabela obrazujące wszystkie opisane koszty:

Koszy wydania książki

 

Czy można wydać książkę taniej?

W świetle powyższych, raczej niemałych kosztów nasuwa się pytanie: czy da się wydać książkę taniej? Z pewnością. Tylko czy warto? I na to pytanie odpowiedź nie jest już tak prosta.

Gdy mowa o self-publishingu, słyszy się nierzadko, że można wydać książkę niemal za darmo. Coś w tym jest. Jeśli autor pisze sprawnie, to może ograniczyć się wyłącznie do samej redakcji (a bywa i tak, że jedyne uwagi przekazują znajomi czy bliscy, którym autor powierzy książkę do przeczytania przed drukiem). Okładkę da się przygotować samemu, korzystając z szablonów czy gotowych wzorców. Samą książkę do druku można wręcz przygotować w Wordzie i niewykluczone, że część czytelników nawet nie zdawałaby sobie z tego sprawy. W istocie jedynym kosztem, od którego nie sposób uciec, jest druk książki – bo nie da się raczej wydrukować książki na domowej drukarce, a tym bardziej oprawić każdego egzemplarza we własnym zakresie. A jeśli autor nie zdecyduje się na wydanie książki drukiem, to w istocie e-booka można opublikować bez wydania złotówki.

W przypadku druku książki również można powalczyć o oszczędności. Alternatywą dla druku offsetowego jest wspomniany na początku druk cyfrowy. Zamiast drukować książkę w tysiącach egzemplarzy po 5 zł za egzemplarz (w przypadku druku czarno-białego), można pokusić się o druk cyfrowy i zaledwie trzycyfrowy nakład. Koszty w przeliczeniu na egzemplarz będą znacznie wyższe (co najmniej kilkanaście złotych). Można się z tym pogodzić i zarabiać mniej na każdym sprzedanym egzemplarzu lub… podwyższyć cenę książki i przerzucić koszt druku cyfrowego na czytelnika (choć to raczej mało etyczne).

Innymi słowy: koszty wydania książki, a właściwe koszty druku, zależą przede wszystkim od oczekiwań autora. Im większa planowana sprzedaż, tym bardziej warto skusić się na większy nakład i obniżenie kosztów w przeliczeniu na egzemplarz – wówczas na każdej sprzedanej książce zarabia się więcej. Jeśli ogranicza nas budżet, można pogodzić się z wysokimi kosztami druku, byleby tylko sprzedaż książki pozwalała na jakikolwiek zarobek. Przy takim założeniu można zdecydować się na druk np. 500 za egzemplarzy za kwotę czterocyfrową.

W przypadku 497 błędów wyszedłem z założenia, że będzie to książka dostępna w sprzedaży przez długi, długi czas. Tak jak pewne przepisy prawne mogą zmieniać się nawet kilka razy do roku, tak w przypadku reguł poprawnościowych ciągle za „nowe” zasady uznaje się niektóre uchwały Rady Języka Polskiego, które ogłoszono przed 15 laty. Jednym słowem: mam to szczęście, że dezaktualizacja większości błędów opisanych w książce nie grozi mi zapewne przez najbliższe pół wieku ;)

To dlatego za punkt wyjścia przyjąłem możliwie największy nakład, byleby tylko obniżyć koszt druku w przeliczeniu na egzemplarz. Przypomnę tylko, że pierwszą wycenę z drukarni przy nakładzie 1000 egz. otrzymałem na poziomie 20 zł, podczas gdy finalnie koszt druku kosztował 11,67 zł, tyle że przy nakładzie 3500 egzemplarzy. Oczywiście miało to swoje przełożenie na finalne wyniki sprzedaży i sprawiło, że na wydaniu książki… nie zarobiłem jeszcze ani złotówki.

 

Wyniki sprzedaży książki

Aby dopełnić obrazu całości procesu wydania książki, poniżej przedstawiam wyniki z pierwszego miesiąca sprzedaży. Wykres obejmuje sprzedaż od 7 grudnia 2018 roku do 2 stycznia 2019 roku (dla porządku nie przyjmuję w dalszych obliczeniach sprzedaży z pierwszych dni 2019 roku).

Sprzedaż książki 497 błędów

Charakterystyczny dla powyższego wykresu jest jego wygląd. Największa sprzedaż zwykle dotyczy pierwszego i ostatniego dnia sprzedaży. W moim przypadku wyjątkowo wiele egzemplarzy zostało zamówionych ostatniego dnia – sprzedaż wyniosła wówczas 9016 zł. Być może ma to związek z tym, że strona sprzedażowa została uruchomiona dopiero przed godz. 16 – gdyby 7 grudnia sprzedaż trwała cały dzień, niewykluczone, że powyższy wykres ułożyłby się w charakterystyczną literę U.

Ile zatem wyniosła sprzedaż? Łączny przychód do końca grudnia osiągnął poziom 49 484 zł.

 

Ile kosztowała wysyłka książki?

Od powyższej kwoty należy odjąć koszty wysyłki książek. O ile na początku rozważałem jeszcze wysyłkę we własnym zakresie, o tyle dziś ten pomysł wydaje mi się kompletnie irracjonalny.

Dość wspomnieć, że przesyłka z drukarni ważyła blisko 2 tony (3500 egz. × ok. 0,5 kg), a rozmieszczenie pięciu palet z książkami zajęłoby blisko 5 metrów kwadratowych. Tak wyglądają dwie palety z książkami (w tle kolejne trzy):

paleta z książkami 497 błędów

Do tego wizja codziennego pakowania i nadawania dziesiątek przesyłek na poczcie kompletnie odwiodła mnie od pomysłu rozsyłania książki we własnym zakresie. To dlatego zdecydowałem się na powierzenie usługi magazynowania i logistyki zewnętrznej firmie, zwłaszcza że łączne koszty wysyłki wynoszą ok. 15 zł za egzemplarz (stawki zmieniają się w zależności od liczby egzemplarzy wysłanych w ciągu miesiąca). Biorąc pod uwagę, że stawki na poczcie i tak oscylowałyby ok. 10 zł, uważam, że decydowanie się na samodzielną wysyłkę książek byłoby nieracjonalne.

Ostatecznie koszt wysyłki ok. 1000 egzemplarzy (wraz z dodatkowymi kosztami – o tym będzie mowa dalej) wyniósł 15 062 zł.

 

Ile zarobiłem na wydaniu książki?

Oto chwila prawdy! Czy na wydaniu książki własnym sumptem można zarobić? Czy self-publishing pozwala na godziwy zarobek? Bez wątpienia. Tyle że… wymaga to czasu.

Tak obecnie prezentują się łączne koszty wydania książki:

– Przychód: 49 484 zł

– Koszty wydania książki: 58 374 zł

– Pakowanie i wysyłka: 15 062 zł

– Bilans: −23 952 zł

Mimo sprzedania ok. 1000 egzemplarzy jestem więc na minusie blisko 24 000 zł.

I to chyba jest najważniejszy wniosek, który chciałbym podkreślić. Niemałe kwoty, jakie można osiągnąć w trakcie przedsprzedaży i jakimi lubią szafować różni guru i specjaliści od e-biznesu, nie mają w istocie znaczenia, dopóki nie zestawi się tego z kosztami wydania książki (czy po prostu kosztami przygotowania jakiekolwiek innego produktu). To, że self-publisher może osiągać niebotycznie wyższą marżę niż 6–10% (tak, to nie pomyłka…) otrzymywane z tantiem u tradycyjnego wydawcy, nic nie znaczy, dopóki jest się na minusie.

Na obecną chwilę nie zarobiłem na wydaniu książki ani złotówki. Gdyby nie oszczędności, z których mogłem sfinansować druk książki, dzisiaj prawdopodobnie zwijałbym się ze stresu, łykał tabletki na uspokojenie, pluł sobie w brodę i żałował, że porwałem się na self-publishing. Na szczęście się udało, choć dopiero teraz dociera do mnie całe szaleństwo tego przedsięwzięcia i uprzytamniam sobie, co by było, gdyby nie sprzedało się 1000 egzemplarzy, ale np. 500, na kwotę o połowę mniejszą…

Na szczęście – po raz kolejny dziękuję wszystkim czytelnikom za okazane zaufanie! – całość nakładu została już opłacona, a do sprzedaży pozostało ok. 2500 egzemplarzy. Każda kolejna książka, która znajdzie nabywcę, znacząco poprawia ogólny wynik ze sprzedaży książki.

 

A koszty wydania książki mogły być jeszcze większe!

W tym miejscu warto wspomnieć, że koszty wydania książki mogły być jeszcze wyższe. Wiele prac wykonałem samodzielnie. Dla przykładu: nie zlecałem obsługi reklam na Facebooku, nie korzystałem z usług copywritera i wszystkie treści na stronę sprzedażową przygotowałem samemu, nie uwzględniłem też w wyliczeniach innych pomniejszych (i często trudnych do wyceny) wydatków – ogrom czasu poświęciłem na ogarnięcie całego procesu wydania książki własnym sumptem (uzyskanie wycen z drukarń, podpisanie umów, poprawki na poszczególnych etapach prac nad książką itd.).

 

Wydanie książki generuje stałe koszty!

W swoich pierwotnych kalkulacjach nie uwzględniłem też kosztów stałych wydania książki. Wyobrażałem sobie, że gdy już wydrukuję książkę, będę mógł ją niespiesznie sprzedawać miesiącami czy nawet latami, ciesząc się choćby ze sprzedaży jakiejkolwiek liczby egzemplarzy na miesiąc. To błąd!

Dziś wiem, że taka strategia nie miałaby racji bytu. Zabiłyby mnie koszty stałe wydania książki. Skoro decyduję się na outsourcing magazynowania i wysyłki książki, nikt nie będzie przechowywał ich za darmo, ryzykując, że setki lub tysiące egzemplarzy jednej książki będą zalegały w magazynie przez lata.

A oto konkretne liczby: na jednej europalecie mieści się 700 egzemplarzy 497 błędów. Europaleta ma wymiar 1,2 na 0,8 metra i maksymalne obciążenie 1500 kg. W przypadku cieńszych książek i o mniejszym formacie z pewnością zmieściłoby się co najmniej 1000 egzemplarzy – wszystko zależy od wymiarów książki. Koszt magazynowania jednej palety to 60,27 zł na miesiąc, przy czym łączny nakład 3500 egz. został dostarczony na pięciu paletach. Pierwsza paleta została wyprzedana w trakcie przedsprzedaży, ale już od stycznia koszt magazynowania czterech palet będzie wynosił 241,08 zł na miesiąc. A to nie wszystkie wydatki!

Jeśli ktoś zdziwił się wcześniej niskimi kosztami usług programistycznych – już to wyjaśniam. Niskie koszty wynikały z tego, że nie tworzyłem własnego sklepu internetowego. Opłacam w abonamencie dostęp do systemu firmy logistycznej, który pozwala na kompleksową obsługę wszystkich zamówień. Koszt jest w moim przekonaniu niewielki: 60,27 zł na miesiąc.

Trzeci z kosztów stałych to abonament za oddzielną księgowość – służy on do tego, by możliwe było automatyczne fakturowanie wszystkich zamówień, a sprzedaż książki nie mieszała się z moją pozostałą działalnością. Koszt: 55,35 zł na miesiąc.

Ostatni koszt stały dotyczy obsługi klientów. Obecnie za kontakt z klientami, odpisywanie na maile, rozpatrywanie reklamacji, pomoc z płatnościami, problemy z przesyłkami itd. odpowiedzialna jest firma logistyczna. Koszt obsługi wynosi 367,77 zł na miesiąc. To jedyny z wydatków, co do którego miałem początkowo mieszane uczucia, bo mimo wszystko czytelnicy z wieloma sprawami piszą bezpośrednio do mnie. Ale myśl o tym, że mogę wybrać się na wakacje bez martwienia się o obsługę nowych zamówień, jest niebywale kusząca!

Podsumowując, nie jest tak, że wydanie książki i opłacenie druku uwalnia od wszelkich kosztów. W moim przypadku miesięczne koszty stałe wynoszą mnie 724,47 zł, niezależnie od liczby egzemplarzy sprzedanych w danym miesiącu.

 

A może samemu obsługiwać pakowanie i wysyłkę książek?

Początkowo rozważałem samodzielną wysyłkę książki, ale szybko odrzuciłem ten pomysł (swoją drogą jak w ogóle przyjąć do mieszkania dwutonową przesyłkę od kuriera?!). Decydujące były nawet nie tyle dodatkowe koszty, które trzeba ponieść w przypadku samodzielnej wysyłki książki (opakowania do wysyłek, taśmy klejące itd.), ile przede wszystkim czasochłonność całego procesu logistycznego. Pakowanie książek, codzienne wycieczki na pocztę, fakturowanie zamówień, wyjaśnianie problemów z płatnościami itd. – to, jak szacuję, nie mniej niż godzina pracy każdego dnia.

Gdybym nawet w przyszłości mógł przekazać te wszystkie czynności osobie zatrudnionej na miejscu w Elblągu, nie sądzę, by łączny koszt tej pracy był niższy niż wspomniane 700 zł. Widziałem, jak odbywa się pakowanie i wysyłka książek z magazynu (wyrazy uznania dla wprawy pracowników!). Co innego, gdy daną czynność wykonuje się ciągiem przez dłuższy, a książki kurier odbiera bezpośrednio z magazynu (!), a co innego pakować każdego dnia samemu zaledwie kilka paczek, pielgrzymować na pocztę i stać w kolejkę jak każdy zwykły klient. W przypadku firmy logistycznej działa efekt skali i nie ma szansy, by tę samą liczbę zamówień obsłużyć równie szybko samemu.

Nie chcę, by brzmiało to jak wychwalanie outsourcingu, bo on mimo wszystko kosztuje. Jednak na pewnym etapie uporczywe próby cięcia kosztów nie mają sensu. Jeśli wyspecjalizowana firma może daną usługę świadczyć taniej, niż gdyby samemu ją wykonać lub zlecić własnemu pracownikowi, to decyzja jest prosta. Wiem, że dopóki uda się utrzymać odpowiednio wysoki poziom sprzedaży, a po opłaceniu kosztów outsourcingu pozostanie mniejszy lub większy zarobek ze sprzedaży książki, to nie będę porywał się na to, by samemu organizować całą obsługę logistyczną. Z pewnością miałbym wtedy większą kontrolę nad obsługą klientów, ale – jakkolwiek to zabrzmi – przede wszystkim wygoda na razie bierze górę.

 

A zatem – czy na wydaniu książki w modelu self-publishingu da się zarobić?

To zależy. Od czego? Kluczowe wydaje się kilka czynników.

 

1. Odpowiednia sprzedaż

Napisanie książki to jedno, a zarobienie na niej – to zupełnie inna sprawa. Wydanie książki generuje stałe koszty – w moim przypadku wynoszą one ponad 700 zł i choć można by je zmniejszyć, to nie da się od nich ich zupełnie uciec. To dlatego autor musi zadbać o odpowiednią sprzedaż każdego miesiąca, w przeciwnym razie własna książka stanie się źródłem nie tyle dodatkowych przychodów, ile kosztów.

 

2. Odpowiednio duża grupa czytelników

Niniejszy punkt ściśle wiąże się z poprzednim. 497 błędów nie bez powodu jest po prostu książką o poprawności językowej, a nie chociażby przyczynkiem do problematyki rozbieżności między zasadami interpunkcyjnymi a uzusem współczesnych Polaków. Brzmi kusząco? Dla mnie może i tak. Ale raczej nie dla milionów Polaków.

Dążę do tego, że jeśli autor decyduje się na wydanie książki we własnym zakresie, musi mieć pewność, że zainteresuje nią odpowiednie duże grono odbiorców. Nawet nie tysiąc, pięć czy dziesięć tysięcy. To ciągle za mało! Self-publishing tym się różni od wydania książki w tradycyjny sposób, że książka nie trafi na półki księgarń w całej Polsce. Autor musi sam zadbać o promocję, a to znacząco wpływa na to, czy osoby faktycznie zainteresowane tematyką w ogóle dowiedzą się o istnieniu książki. Jeśli grono potencjalnych odbiorców miałoby liczyć 10 tys. odbiorców, autor zapewne dotrze tylko do części z nich.

Dobrze to spuentował Michał Szafrański. Na obecną chwilę (styczeń 2019) Michał sprzedał 69 tys. egzemplarzy Finansowego ninja. Na pytanie o to, czy nie wyczerpał już możliwości rynku, odpowiada: „A ile Polaków ma konto w banku”? I to jest odpowiednie postawienie sprawy. Pocieszam się tym, że moja grupa odbiorców jest większa: „Ile Polaków posługuje się językiem polskim?” :D

Oczywiście grono potencjalnych odbiorców książki nie musi być (a może nawet nie powinno być) ekstremalnie szerokie, ale przede wszystkim nie może być zbyt wąskie. Warto to brać pod uwagę, decydując się na wydanie książki o konkretnej tematyce.

 

3. Odpowiednia duża ilość czasu i… gotówki

Wydanie książki wymaga czasu (tego oczywiście się spodziewałem) i nakładów finansowych (a tych nie spodziewałem się w takiej wysokości). Wyobrażam sobie, że można nie mieć stałego dopływu gotówki i skupić się na pisaniu z myślą o przyszłych zarobkach – ale to nie dla mnie.

Gotówka jest potrzebna na co najmniej dwa cele: nie tylko na sfinansowanie wydania książki, lecz także na bieżące potrzeby. Nie zdecydowałbym się na pisanie książki, gdyby nie to, że eKorekta przynosiła już jako taki zysk bez mojego udziału. Ciągle nie jest to działalność w pełni niezależna ode mnie, jednak rezygnacja ze zleceń (to grubszy temat na inny wpis) pozwoliła mi skupić się na pisaniu książki. Jeśli też do pisania potrzebujesz świętego spokoju, warto wcześniej zadbać o to, by na czas pisania książki nie zaprzątać sobie głowy tym, za co zapłaci się rachunki.

 

Czy 10 000 zł = 10 000 zł?

Na koniec jeszcze jedna, dość istotna uwaga. Na koszty wydania książki spogląda się często tylko przez pryzmat kosztów i zysków. W tym kontekście wydanie książki z udziałem tradycyjnego wydawcy nie ma co się równać z self-publishingiem. Autor dostarcza książkę wydawcy, poświęca czas na sprawy formalne: kwestie umowy, autoryzacji redakcji i korekty tekstu, czuwanie (w miarę możliwości) nad pozostałymi procesami wydania książki, ewentualne spotkania autorskie itp. Ale wniosek jest jeden: autor pozostaje przede wszystkim autorem książki.

Kim jest self-publisher? To człowiek orkiestra. Mam wrażenie, że bycie autorem książki stanowi (najwyżej!) połowę pracy, a jeśli nie wykona się drugiej połowy, to wydanie książki może okazać się raczej wielką sprzedażową klapą. Wiem, że to banał, ale nie wolno o tym zapominać: decydując się na wydanie książki samemu, trzeba dobrze zaplanować całą strategię promowania książki, sporządzić bilans kosztów i zysków, które pozwolą ustalić właściwą cenę, ogarnąć księgowość, wysyłkę, stworzyć stronę sprzedażową albo wymyślić inny model dystrybucji itd., itd. Liczba czynności do wykonania jest nieograniczona.

Do czego dążę? Do tego, że nie można porównywać zarobków autorów publikujących książki w trakcyjnych wydawnictwach z zarobkami self-publisherów. Jeśli honorarium autorskie wyniesie ostatecznie 10 000 zł, a self-publisher zarobi tyle samo, to… ten drugi powinien pluć sobie w brodę. Self-publishing to biznes jak każdy inny. Zarobek to jedno, ale zawsze należy patrzeć na niego pod kątem czasu, jaki się poświęciło na wygenerowanie sprzedaży.

Jak w tym kontekście postrzegam wydanie swojej książki? Jestem dużo pod kreską, mimo to uważam wydanie 497 błędów za jedną z najlepszych inwestycji biznesowych, jakie podjąłem w ciągu kilku ostatnich lat. Do wyprzedania pozostało sporo ponad 2000 egzemplarzy, a każdy z nich, po odjęciu kosztów obsługi logistycznej, przynosi obecnie niemały dochód, nieporównywalny z maksymalnie 10-procentowymi zarobkami autorów wydających książki w tradycyjnych sposób.

 

Podsumowanie: self-publishing czy wydanie książki w wydawnictwie?

Czy zatem warto decydować się na self-publishing? Nie chciałbym, by wydźwięk tego wpisu był taki, że zachwalam self-publishing jako najlepszy sposób na wydanie książki dla każdego. Bo to zależy. Nawet nie od samej książki, bo jeśli jest dobrze napisana, a wydawcy ją odrzucają, to możliwe, że nie ma w sobie potencjału (np. zbyt wąskie grono odbiorców). Wtedy self-publishing nie jest rozwiązaniem, bo narazi tylko autora na niepotrzebne koszty.

Jeśli jednak książka jest obiecująca, wydawcy składają propozycje, to warto je rozważyć. Tak jak nie każdy prowadzi firmę, bo wiele osób woli pracę etatową, tak nie każdy odnajdzie się w self-publishingu. Dla mnie self-publishing był niemalże oczywisty, bo zbytnio cenię sobie niezależność, żeby decydować się na wydanie książki u tradycyjnego wydawcy.

Wyobrażam sobie jednak, że są sytuacje, w których wydanie książki w tradycyjnym wydawnictwie będzie dla kogoś lepszym rozwiązaniem. Kiedy? Jeśli ktoś nie chce brać na siebie odpowiedzialności za sprzedaż książki, boi się, że nie wyjdzie na plus, nie ma smykałki do zarządzania dziesiątkami spraw naraz, a chce po prostu skupić się na napisaniu książki – self-publishing rzeczywiście może wtedy nie mieć sensu. Jeśli jednak ktoś ceni sobie działanie na własnych warunkach, marzy o wydaniu książki dokładnie takiej, jaką sobie wymyśli, sprzedawaniu jej w sposób, w jaki zechce, to warto rozważyć wydanie książki własnym sumptem.

Podjęcie decyzji co do sposobu wydania książki nie jest sprawą prostą. Warto przekalkulować obydwa rozwiązania, rozważyć „za” i „przeciw”, choć mam wrażenie, że i tak największą rolę odgrywa tu… intuicja. Sam często są nią kieruje i rzadko kiedy żałuję wyborów podjętych pod wpływem intuicji, i chyba coś w tym jest. Obydwa sposoby wydania książki są tak różne od siebie i niosą tak różne profity, że wybór wydaje się głównie kwestią tego, co komu bardziej pasuje. Kalkulacje biznesowe mogą mówić jedno, ale jeśli ktoś nie czuje się osobą przedsiębiorczą (bo do tego sprowadza się wydanie książki własnym sumptem), to warto szukać wydawcy, a jeśli niezależność jest jedną z najważniejszych wartości, jakimi ktoś kieruje się w życiu, to oddanie książki w ręce wydawcy może, w dłuższej perspektywie, okazać się utrapieniem.

 

A co z 497 błędów?

Gdy zaczynałem tworzyć ten wpis na początku stycznia, byłem pełny obaw co do dalszej sprzedaży. Historie takie jak Michała Szafrańskiego (podobno koszty wydania zwróciły się po 48 godzinach od rozpoczęcia przedsprzedaży) mogą imponować, ale taki wyczyn niełatwo powtórzyć. Ja nadal jestem na minusie, choć każdego dnia magiczny poziom break-even staje się coraz bliższy. Obawiałem się tego, co będzie po przedsprzedaży – czy ktoś jeszcze książkę będzie chciał kupić, czy negatywne recenzje nie zaleją internetu (jak dotąd na szczęście, poza jedną opinią, złego słowa o książce nie usłyszałem). Lęk o to, ile ostatecznie na książce zarobię (i czy w ogóle!), pozostaje we mnie. To jeden z tych emocjonalnych, a nie finansowych kosztów wydania książki własnym sumptem – i warto to też brać pod uwagę.

Co dalej? Książka będzie w stałej sprzedaży (na 497bledow.pl – gdyby ktoś z Was jeszcze się wahał ;)), do wyczerpania nakładu. Już dziś planuję dodruk i kolejne wydanie, bo wierzę, że poprawność językowa jest czymś, co fascynuje więcej niż 1000 osób w ponad 30-milionowym kraju. Za jakiś czas chętnie dam znać o dalszych losach sprzedaży książki – jeśli Was to interesuje, napiszcie w komentarzach. Zachęcam też do pobrania fragmentu każdego, kto pasjonuje się poprawnością językową.

 

 

Ale przede wszystkim nie zapominajcie o marzeniach! Będę powtarzał to jak mantrę. Jeśli marzysz o wydaniu książki, zrób wszystko, by tak się stało. Nie chcę wygłaszać motywacyjnych gadek, ale po prostu uważam, że o marzeniach nie wolno zapominać.

Ja na swoją książkę czekałem 14 lat. Gdy publikuję ten wpis, mijają równo dwa miesiące od jej wydania, a nadal trudno mi sobie uzmysłowić, że się udało. Takiego uczucia zadziwienia i satysfakcji życzę wszystkim, którzy marzą o własnej książce!

komentarzy 15

Przede wszystkim gratuluję spełnienia marzeń! Bardzo ciekawy i merytoryczny wpis, dziękuję za szczerość do bólu i wzbudzającą szacunek transparentność. Poradniki i słowniki mają długi żywot, inwestycja na pewno się zwróci.
Z przyjemnością czytam „497 błędów” (na przeczytanie od deski do deski daję sobie dużo czasu, jednak to nie kryminał ). Podoba mi się logiczny układ, brakuje trochę indeksu dla osób, które chciałyby coś sprawdzić szybko.
Serdecznie pozdrawiam!

by Anna on 6 lutego 2019 at 21:34. Odpowiedz #

Dziękuję za rzetelne przestawienie całego procesu wydawniczego. Jeszcze raz gratuluję!

by jot on 7 lutego 2019 at 05:47. Odpowiedz #

Bardzo interesująca analiza kosztów. A co dom książki, ona powinna trafić pod każdy dach domu.

by Renata on 7 lutego 2019 at 12:54. Odpowiedz #

A ja bym nie łykał tabelek na uspokojenie. Tabletki ewentualnie tak… ;-)

by Piotr on 10 lutego 2019 at 19:39. Odpowiedz #

Dziękuję, poprawione :)

by Ardenno on 10 lutego 2019 at 22:09. Odpowiedz #

Ale jeśli sprzedałeś 1000 egzemplarzy, to Twój przychód powinien wynosić ~ 59 000,00 PLN, a nie 49 000,00 PLN. Przecież jest jeszcze koszt dostawy w wysokości 10,00 PLN. Nawet jeśli część klientów kupiła więcej egzemplarzy to wciąż jest z 5 000,00 PLN więcej przychodu, niż piszesz. 10,00 PLN pokrywa już 2/3 kosztu, jaki ponosisz tytułem obsługi wysyłek z centrum logistycznego.
Chyba że gdzieś to ująłeś, a ja tego nie zauważyłam, to wskaż, proszę, bo serio tego nie widzę.

by Animalistka on 11 lutego 2019 at 20:57. Odpowiedz #

Rzeczywiście, dziękuję za celne spostrzeżenie! W przedsprzedaży nie był doliczany koszt wysyłki – cena wynosiła 49,70 zł.

by Ardenno on 11 lutego 2019 at 22:42. Odpowiedz #

bardzo ciekawy wpis! dobrze by było dodać jeszcze możliwość kupienia książki w formie cyfrowego e-booka, coraz więcej osób wybiera taki format, bo taniej, ale dla autora i tak może się z tego uzbierać konkretna suma

by zaharik on 11 lutego 2019 at 21:47. Odpowiedz #

Tak, nie planowałem tego pierwotnie, ale właśnie to rozważam. Niewykluczone, że w ciągu miesiąca e-book pojawi się w sprzedaży.

by Ardenno on 11 lutego 2019 at 22:41. Odpowiedz #

hej a ja właśnie myślałam o tym, że mi kiedyś na FB mignęła książka o polszczyźnie i bym ją chętnie miała… :) a tu znowu FB mnie pokierował gdzie trzeba… czyta już nawet myśli? Gratuluję wydania ksiązki i zdecydowanie planuję zakup.
Akurat takie pozycje wolę na papierze, ale pomysł e-booka wydaje mi się świetny, skoro ksiązka już „poskładana”, a koszt druku odpadnie… Pozdrawiam

by Anna on 12 lutego 2019 at 21:02. Odpowiedz #

Dziękuję za miłe słowa, a przy okazji życzę miłej lektury :)

E-book jest w planach, ale wyzwaniem jest złożoność edytorska tej książki. Jestem w trakcie ustalania, czy da się skonwertować książkę na formaty mobilne, bo wolałbym nie ograniczać się do samego PDF-a.

by Ardenno on 13 lutego 2019 at 10:23. Odpowiedz #

Co to są „konsultacje pod kątem RODO”?

by Ania M on 4 marca 2019 at 20:20. Odpowiedz #

Chodzi o konsultacje prawne pod kątem przetwarzania danych osobowych w świetle RODO (https://pl.wikipedia.org/wiki/Ogólne_rozporządzenie_o_ochronie_danych). Chodzi o te wszystkie zgody marketingowe, zarządzanie bazą danych itd.

by Ardenno on 4 marca 2019 at 21:52. Odpowiedz #

…powierzyłem jednak książce najlepszej redaktorce…

Zapewne powinno być „książkę”.
Serdecznie pozdrawiam.

by Robert on 8 marca 2019 at 17:25. Odpowiedz #

Dziękuję! Poprawione.

by Ardenno on 11 marca 2019 at 08:33. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)