[13] Gdy gwiazdy gasną

25.08.2013

www.facebook.com/Federer

www.facebook.com/Federer

Gdy pierwszy set zakończył się wynikiem 7:5, odżyły wśród fanów nadzieje na wielki powrót mistrza. Publika w Cincinnati szalała, a przerwanie dominacji Rafaela Nadala stawało się coraz bardziej realne.

Marzenia jednak szybko prysły. Roger Federer, tenisista wszech czasów, jeden z idoli mojego dzieciństwa, przegrał drugi, a potem trzeci set. Rafa rządzi, śrubuje kolejne rekordy, a upadek Federera trwa nadal.

 

Czy to początek końca Federera?

O tenisie jeszcze na blogu nie pisałem, ale właśnie przyszedł na to czas. Bo trudno mi patrzeć na to, co się dzieje z Federerem. Ciągle zachwyca finezją gry, perfekcją, celnością i tą niebywałą lekkością ruchów. Mimo to coraz więcej osób mówi, że Federer się skończył, a liczby nie wróżą nic dobrego:

  • Od 8 lat – aż do tego roku – nie zdarzyło się, by Federer odpadł z turnieju Wielkiego Szlema przed ćwierćfinałem. W tym roku już w drugiej rundzie Wimbledonu nie podołał 90. (!) w rankingu Stachowskiemu. Wcześniej po raz ostatni zdarzyło się to Federerowi w 2004 roku, gdy na French Open poległ w trzech setach z Kuertenem w trzeciej rundzie.
  • Od 11 lat Federer nie miał tak złego bilansu spotkań – obecnie 32:11. Średnio przegrywa więc co trzeci mecz. Ostatnie tak kiepskie wyniki miał w wieku 21 lat, u początków swej wielkiej kariery, w 2002 roku (bilans po całym sezonie: 58-22).
  • Od 11 lat nie zdarzyło się, by Federer wygrał w sezonie mniej niż 3 turnieje. Do końca tego sezonu wprawdzie jeszcze dwa miesiące, ale jak dotąd niepokonany był jedynie w niemieckim Halle.
  • No i wreszcie przez 10 lat Federer nie był poza pierwszą piątką rankingu. Ostatni raz szósty był 10.02.2003 r. Od 19.08.2013 zajmuje niestety siódme miejsce w rankingu.

To wszystko tylko liczby, racja. Statystycznie to i ja mam zaledwie 10% szans, że mój biznes nie upadnie przed 5. rokiem istnienia, a nie planuję za te półtora roku robić coś innego niż teraz. Tyle że te liczby dobitnie potwierdzają to, co widać gołym okiem. Że to być może początek końca Federera.

Dlatego gdy oglądam obecne mecze Szwajcara, mam mieszane uczucia. Z jednej strony trudno mi patrzeć, jak z turnieju na turniej blaknie ta największa gwiazda tenisowego świata. Jak trzy razy z rzędu leje go Nadal, jak ogrywają go tenisiści spoza pierwszej pięćdziesiątki (Brands, Delbonis, no i Stachowski). A z drugiej strony zastanawiam się, czy to wystarczający powód, by przestać robić to, co się kocha…

 

Gdy marzenia pozostają marzeniami

Przypomina mi się historia pewnego chłopaka.

Wcześniej tylko o nim słyszałem. Wiedziałem, że nie tak dawno ograł 6:0, 6:0 chłopaka, który mnie trenuje. Grywał też podobno sparingi z Janowiczem. Miała czekać go kariera zawodowca, ale stało się inaczej. Gdy mija dwadzieścia parę lat, a wyniki nie nadchodzą, zwykle pozostaje jedno. Odpuścić.

Spotkałem go po raz pierwszy w czasie amatorskiej ligi tenisowej. Dla nas to było coś – zagrać z kimś, kto wali serwisy po 190 km/h, dobiega do wszystkich piłek i nie psuje jak my co trzeciego uderzenia. A dla niego?

Pamiętam, co powiedział wtedy kolega z drużyny. Że najsmutniejsze w całej historii tego chłopaka jest to, że w ogóle tu z nami gra. Z ludźmi, dla których sukcesem jest nie popełnić podwójnego, trafić czysto z backhandu i rozegrać wymianę dłuższą niż pięć uderzeń. Czy o tym marzył, trenując od dziecka i poświęcając tenisowi większość życia?

 

Odejść w chwale

Początkowo przyznałem koledze rację. Wtedy wydawało mi się, że mecz, który dla nas jest sensacyjną okazją, by zmierzyć się z niedoszłym profesjonalistą, dla niego musi być dość… uwłaczający. Ale gdy teraz patrzę na Federera (i nie tylko niego – wśród schodzących, czy raczej spadających ze szczytu gwiazd, robi się tłok: Hewitt, Venus Williams, do niedawna Roddick), nabieram wątpliwości, czy współczucie dla takich ludzi jest tym, czego oczekiwaliby od swoich fanów.

To jasne, że lubimy tych, którzy odchodzą w chwale. Małysz, Korzeniowski – zakończyli kariery właściwie u szczytu formy (choć Małysz przeczekał swego czasu spory kryzys). Wspominamy ich z sentymentem, a ich biografie są bez skazy. Udowodnili, że są wielcy, ale gdy ich gwiazdy zaczęły blaknąć, po dżentelmeńsku ustąpili miejsca pretendentom.

 

Wielkie powroty i wielkie rozczarowania

Ale co z taką Hingis czy Schumacherem? Gdy byli na szczycie, sami z niego zeszli, może właśnie z obawy przed haniebnym upadkiem i faktem, że nie podołają lepszym? Gdy jednak wrócili – może z tęsknoty za tym, co kochają, a może przekonani, że nie pokazali jeszcze wszystkiego – byli już cieniami samych siebie.

Schumacher wrócił na trzy sezony Formuły 1 i nie zdołał nawet zbliżyć się do dawnych osiągnięć. Biografia Hingis jest jeszcze bardziej niesamowita. Po raz pierwszy zakończyła karierę tenisową w 2003 r., w wieku… 23 lat. Wróciła po 2 latach i nie odniosła już żadnych spektakularnych sukcesów. Niebawem skończy 33 lata, a właśnie zdecydowała się na kolejny, trzeci już powrót, choć póki co tylko do debla. Na razie bez większych sukcesów – bilans meczów po czterech turniejach to 3:4, ale kto wie, co pokażą jeszcze Hingis w parze z Hantuchovą. A może i sama Hingis?…

Dziś Federer jest gdzieś między taką Hingis a Małyszem. Cieszy się tym, co kocha, choć jego czas najwyraźniej właśnie mija, a i sam Roger pewnie zdaje sobie z tego sprawę. Czuje się pewnie zawiedziony – tak jak ten chłopak, którego spotkaliśmy na naszej lidze – że prawdopodobnie nie będzie już lepiej i nie wróci na szczyt. Ale czy to znaczy, by odpuścić?

 

Robić to co, się kocha

Jutro zaczyna się US Open. W latach 2004–2008 Federer triumfował tu przez pięć lat z rzędu. Potem było już tylko gorzej. Tyle że dziś to przecież nie ma znaczenia.

Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że najsmutniejsze w historii tych, którzy schodzą ze szczytu lub którzy nie zdołali się na niego wspiąć (a tych jest znacznie więcej), nie jest wcale to, że prędzej czy później trafią na lepszych od siebie. Najsmutniejsze jest to, że to my, ich wierni fani, współczujemy im, choć oni nadal cieszą się z tego, że mogą robić to, co kochają, i prowadzić życie, o jakim większość z nas może tylko śnić.

Dlatego muszę zmienić perspektywę. Może to rzeczywiście początek końca Federera, ale póki gra (a już wiadomo, że rozpocznie sezon 2014), to jedyne, co nam zostało, to kibicować mu, cieszyć się razem z nim i liczyć na to, że może jeszcze przez lata będzie robił zamieszanie niczym Navrátilová w żeńskim tenisie.

Gdy gwiazdy gasną, o niebo lepiej cieszyć się, że w ogóle jeszcze świecą, niż ubolewać, że nie dają takiego blasku jak dawniej. To przecież śmieszne, by współczuć człowiekowi, że jego czas mija, gdy samemu nawet nie podjęło się równie wyczerpującej, czasochłonnej i niepewnej wspinaczki na szczyt. By mówić, że ktoś się skończył, gdy sami nawet się nie zaczęliśmy.

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)