[15] Znicze pod ZUS – po co w ogóle są takie akcje?

4.11.2013

15 ZUS Elbląg 2

ZUS w Elblągu. 1 listopada, wieczór. Przed wejściem… pusto.

Jest taka akcja: że niby dziś Święto Zmarłych (bo chyba nie chodzi o to, że… Wszystkich Świętych?), więc oprócz zniczy na grobach postawmy znicze przy ZUS-ie.

Mam problem z takimi akcjami. Nie żebym był fanem ZUS-u, bo gdy miesiąc w miesiąc przychodzi płacić 1027 zł, to czuję się, jakbym spłacał drugą hipotekę za mieszkanie, którego nigdy nie zobaczę. No może zobaczę – 1000 zł na miesiąc za 40 lat. Ale do rzeczy…

 

Kto tak naprawdę płaci na ZUS?

Narzekamy na to, że ZUS tak boli, tyle kosztuje, okrada nasze rodziny, dziadków na emeryturze. Tylko nie bezrobotnych, bo ci nic nie płacą, a lekarza mają za darmo.

Prawda jednak jest taka, że składki ZUS-0wskie nie bolą w gruncie rzeczy nikogo oprócz przedsiębiorców. To oni ponoszą koszty składek za siebie i za swoich pracowników. W teorii składki za pracownika w części pokrywa on sam, a w części firma, ale to gadanie warte pijaczka spod sklepu. Pracownik z własnej kieszeni nic nie wykłada, a pieniądze na składki faktycznie musi wygospodarować szef.

Przedsiębiorcy na szczęście to taki gatunek ludzi, który dostosuje się do każdych warunków, w jakich przyjdzie mu żyć. Gdy nie ma się wpływu na odgórne przepisy, nie pozostaje nic innego, niż się do nich dostosować. Albo zrezygnować.

 

Głodowe emerytury

Ale ZUS to nie tylko składki. W końcu na coś się je przeznacza, m.in. na emerytury. A te, jak trąbią media, są przecież „głodowe”. Tylko co z tego?

Każdy z nas będzie kiedyś milionerem. Trzeba się bardzo postarać, by nim nie zostać. Przeciętny Kowalski, zanim pójdzie na emeryturę, przepracuje dobre kilkadziesiąt lat. Już przy minimalnym wynagrodzeniu (obecnie 1181 zł na rękę) praca przez 40 lat przyniesie ponad pół miliona złotych (566 880 zł), a mało kto przecież przepracowuje całą karierę na minimalnej pensji, nie mówiąc o tym, że minimalne wynagrodzenie rośnie z roku na rok (za te 40 lat będzie co najmniej 100% wyższe). Przy obecnym średnim wynagrodzeniu (2520 zł netto) i z założeniem tej samej wysokości przez cały okres zatrudnienia pracownik odchodzący na emeryturę po 40 latach zarobi… 1 209 600 zł.

Oczywiście jedno nie ulega wątpliwości: życie kosztuje. Z zarobionego miliona większość pochłoną bułki, kurczaki, pieluchy, ropa i iPhone’y. Tylko – spytam raz jeszcze – co z tego? W czym tkwi problem, by oszczędzać miesięcznie 10% lub choćby 5%? Po 40 latach takich oszczędności emerytura ZUS byłaby miłym dodatkiem, a nie źródłem frustracji.

Nie przeczę – to boli, że emerytury są, jakie są. Po latach kariery i setkach tysięcy odprowadzonych składek wróci do nas na emeryturze zapewne mniej, niż zapłaciliśmy. 40-letni zwrot z inwestycji na poziomie mniejszym niż 0% jest godny pożałowania. Wszystko to prawda i się z tym zgadzam. Ale to nie znaczy, by za własne nieszczęście obwiniać państwo.

Politycy się zmieniają. Świat się zmienia. Przepisy raz będą gorsze, raz lepsze, a kolejni ministrowie mniej lub bardziej rozsądni. Na nic z tych rzeczy nie mamy realnego wpływu. Jedyne, co możemy zrobić, to postępować tak, by niezależnie od okoliczności móc prowadzić życie, na jakie sami zapracowaliśmy.

 

A gdybyś miał 1000 zł więcej dla siebie?

Nie wierzę zresztą, by likwidacja ZUS-u cokolwiek zmieniła. Chciałbym kiedyś zobaczyć wyniki takiego eksperymentu: rozwalmy ZUS, oddajmy ludziom tyle, ile co miesiąc potrąca się im z wypłaty, a jednocześnie zlikwidujmy publiczną służbę zdrowia i emerytury. Ciekawy jestem, ile czasu by minęło, zanim pojawiłyby się głosy, że to państwo powinno zagwarantować emerytury i darmową służbę zdrowia.

Doświadczenia przeciętnego Kowalskiego pokazują, że średnio wydaje on tyle, ile zarabia. Gdy zarabiasz tysiaka – mieszkasz z rodzicami lub wynajmujesz mieszkanie ze znajomymi, jadasz w barach mlecznych, a do pubów ukradkiem wnosisz własny alkohol. Gdy dwójka pojawia się na koncie – szalejesz, bo stać cię na 20-letniego Golfa na raty i iPada w abonamencie. Gdy stuka trójka, z głupią dumą wiążesz się z bankiem na kolejne 30 lat, oświadczasz się i wierzysz, że złapałeś Boga za nogi. Gdy masz piątaka, żyjesz na 200%, ciesząc się chwilą i nie myśląc o tym, że za 40 lat twoje finanse zatoczą koło.

Dlatego nie wierzę, by wzrost wynagrodzeń o kwotę (niemałą przecież!), którą teraz pracodawca odprowadza do ZUS, cokolwiek zmienił. No, zmieniłby jedno: konsumpcja wystrzeliłaby w kosmos. A za kilka lat bylibyśmy państwem żebrzących, bezdomnych emerytów.

Owszem, nie każdy tak postępuje. Sam zresztą nie znoszę takiego generalizowania. Ale widzę to po sobie: chęć podnoszenia jakości życia bywa często silniejsza niż myślenie o finansowym zabezpieczeniu przyszłości.

 

Co więc z ZUS-em?

Nie uzurpuję sobie prawa do wyrokowania o tym, jak uzdrowić finanse publiczne. Tego nie wiem. Ale wiem, że to nie ZUS jest problemem. Problem tkwi w mentalności wielu z nas. Na tym, że zrzucamy odpowiedzialność na innych.

Dziś oceniamy ZUS przez pryzmat głodowych emerytur, ale gdy zdarzy się tragedia, to nikt nie mówi o dziesiątkach tysięcy (setkach?) na leczenie chorych. Wściekamy się, bo oddajemy mu bliską połowę zarobków. Krytykujemy go, bo nasze składki wydawane są dla innych, choć za 40 lat sami będziemy domagać się godnych emerytur, gdy inni dopiero będą w tym miejscu, w którym jesteśmy teraz.

ZUS nie jest złem. Złe jest zrzucanie odpowiedzialności na innych.

Zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności, jesteśmy odpowiedzialni za to, co zrobimy ze swoim życiem. Jeśli z miliona złotych nie umiesz oszczędzić choćby ułamka tej kwoty, to jest to twoja wina, a nie Tuska, pracodawcy czy choroby, która cię dopadła. A ci, który sądzą inaczej, niech przeczytają ten wpis od początku.

 

Po co znicze pod ZUS?

Nie chcę być źle zrozumiany. Nie bronię ZUS-u. Daleko mi do tego.

Chodzi mi tylko o to, że zrzucanie winy na rząd, nieudane reformy, kryzys, polityków i brzydką pogodę to nic innego jak szukanie winnych tego, że życie nam się nie udało, nic innego jak szczeniacka ucieczka od odpowiedzialności.

Stawianie zniczy pod ZUS-em uwłacza ludziom, którzy tam pracują, a którzy nie odpowiadają za to, że mają takiego, a nie innego „szefa”. Nie mówiąc o tym, że takie działanie ma siłę rażenia równą narzekaniom ekspedientki z osiedlowego sklepiku na polityków, bezrobocie i cały świat wokoło. Czyli zerową.

Wiem, że jednym wpisem niewiele zdziałam, ale dajmy już spokój ZUS-owi. Śmiejemy się, że narzekanie to nasza cecha narodowa, ale jest w tym więcej prawdy, niżbyśmy się spodziewali. Zamiast biadolić na czasy, w jakich żyjemy, zadbajmy lepiej o to, by czasy, w jakich przyjdzie nam żyć, były o niebo lepsze. Działając. Nie narzekając.

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)