[23] Tabletki „po” (wczesnoporonne) bez recepty, czyli aborcja XXI wieku

29.01.2015

Tabletka "po"
Śledzę z przerażeniem przemieszanym z niedowierzaniem debaty dotyczące tabletek postkoitalnych, czyli osławionych tabletek „po”. Ich działanie, w uproszczeniu, polega na tym, że uniemożliwiają zagnieżdżenie się zarodka, gdy doszło do zapłodnienia po stosunku. Mają więc de facto działanie wczesnoporonne.

W skrócie: idealna antidotum na wpadkę. Łyknij tabletkę i problem z głowy!
 

Jak to możliwe, że taka dyskusja toczy się w cywilizowanym kraju?

Wszystkie dyskusje sprowadzają się do tego, czy tabletki te powinny być wydawane, jak dotąd, na receptę czy może bez niej, jak to właśnie uchwalili nasi dobrotliwi rządzący za sprawą unijnej dyrektywy (a wystarczyło, jak na Węgrzech, uchwalić ustawę, by tabletki były nadal wydawane na receptę – choć to oczywiście i tak żadne rozwiązanie). Wszelkie dyskusje o tabletkach „po” nie powinny jednak w ogóle mieć miejsca w cywilizowanym kraju!

Problemem nie jest to, w jaki sposób powinno dystrybuować się tabletki postkoitalne, ale to, że w ogóle są one dostępne ­– w jakikolwiek sposób. Sam fakt dopuszczenia ich do obiegu, nawet na receptę, jest dla mnie niepojęty. Dyskusje o tym, czy mają być na receptę, czy nie, to jak zastanawianie się, czy misja w Iraku była potrzebna, czy aborcja jest etyczna, a oglądanie pornografii – czymś normalnym. Zło jest złem i nie ma tu mowy o kompromisach. Wojna niesie za sobą śmierć, aborcja, niezależnie od powodów, jest morderstwem człowieka, a pornografia to nic innego jak wyrafinowana forma zdrady.

Odnoszę wrażenie, że wszelkie problemy etyczne i moralne, o jakich dyskutuje się w ostatnich latach, są nieudolną próbą relatywizowania zła i rozciągania granic tego, co uznajemy za dobre i zgodne z naszym sumieniem. To, co dawniej było nie do pomyślenia, dziś bezwolnie akceptujemy, a tych, którzy ośmielają się krzywo spojrzeć na takie wynalazki jak choćby in vitro, aborcja czy – obecnie – tabletki „po”, oskarża się o brak tolerancji.

Jest w tym niezrozumiały dla mnie paradoks. Dopatrujemy się zła w uderzeniu dziecka paskiem (głośna nowelizacja ustawy o przemocy w rodzinie z 2010 r.), a zarazem pozwalamy na to, by rodzic mógł uśmiercić własne dziecko?! Nie ogarniam tego. Nie mówię, że przemoc wobec dziecka (jakakolwiek) jest czymś dobrym, bo oczywiście nie jest, ale nie pojmuję toku myślenia rządzących i wszystkich zwolenników tabletek „po”: możesz zabić swoje nienarodzone dziecko, ale jeśli zdecydujesz się na ciążę, to potem nie waż się go tknąć? Co to za poroniona logika?!

 

Ale przecież kobieta ma prawo!

W tym miejscu zwolennicy „prawa kobiet do decydowania o swoim życiu” podnieśliby zapewne głosy, że zarodek to nie człowiek, że jest niezagnieżdżony, że każda kobieta ma prawo decydować, kiedy chce mieć dziecko, itd.

To ja zadam proste pytanie: a co to za różnica ­– nawiązując już do aborcji sensu stricto ­– czy zarodek ma 12 tygodni, czy 12 tygodni i 1 dzień (nie wspominając o tym, że nie sposób nigdy na 100% określić, w jakim stadium rozwoju znajduje się zarodek)?! Co się wtedy, do cholery, zmienia? Dziś jestem pieprzonym zarodkiem, którego morduje się za pomocą tabletki lub szczypców ginekologa, a jutro jestem kochany, bo przekroczyłem ustawowy termin, w którym można się mnie było pozbyć w świetle prawa, i stałem się dzieckiem, a nie płodem?

Co to zresztą za pierniczenie, że płód to nie człowiek? A co się z niego urodzi? Krowa, koń czy może diabeł tasmański?

Nie przeczę, fundamentalnym prawem kobiety jest decyzja o ciąży. Ale to jest prawo do decyzji o zajściu w ciążę, a nie prawo do przerwania ciąży! Ciąża kobiety jest przecież wielką odpowiedzialnością, jest decyzją o tym, że narodzi się nowy człowiek. I ta decyzja powinna być podejmowana przed stosunkiem, a nie po.

 

Aborcja z punktu widzenia ojca

Zawsze byłem przeciwny aborcji bardziej niż czemukolwiek na świecie, ale odkąd zostałem ojcem, strasznie boli mnie wszystko, co wiąże się z aborcją.

Gdy patrzę na Michała, nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. Może zarodek faktycznie jawi się nam jako pewna abstrakcja (zwłaszcza gdy matka nie zdąży zobaczyć dziecka na USG, a ciąża jest dla niej przykrym zdarzeniem, któremu nie jest w stanie sprostać), ale to przecież kiedyś będzie człowiek! Człowiek, którego czeka kilkadziesiąt lat życia!

Boże, gdyby wszystkie te kobiety, które rozważały aborcję lub choćby wzięcie tej pieprzonej tabletki „po”, a ostatecznie urodziłyby dziecko, jestem przekonany – absolutnie przekonany – że przeraziłyby się swoich wcześniejszych myśli.

 

„Państwo opiekuńcze” – dla kogo?

Najbardziej w tym wszystkim zdumiewa mnie to, że musimy ponosić konsekwencje za dziesiątki mniejszych lub większych głupot, które się dopuszczamy, ale nie za morderstwo niewinnego człowieka. Jak to możliwe, że za przejście na czerwonym wlepia mi się mandat w imię troski o moje bezpieczeństwo, a jednocześnie zachęca się nas, żebyśmy na własne życzenie mogli uśmiercać niewinne dzieci, które się nie narodziły? Gdzie jest logika w tym, że musimy ponosić konsekwencje braku odpowiedzialności za najbzdurniejsze decyzje, które podejmujemy, ale nie za to, że odebraliśmy własnemu dziecku prawo do życia?

I w drugą stronę: jak to możliwe, że w tym samym kraju bezrobotni mają zasiłki, bezdomni – lokale socjalne, narkomani i alkoholicy – opiekę medyczną? Nie odbieram tym ludziom ich praw (choć, abstrahując od tematu, uważam ideę państwa opiekuńczego za fatalny pomysł, kompletnie nieprzynoszący pożytku ani jednostkom, społeczeństwu w ogóle), ale skoro otaczamy opieką istoty najsłabsze, to w pierwszej kolejności powinniśmy chronić nowe życie!

Mówiąc wprost: jak to możliwe, że nasze dobrotliwe państwo roztacza opiekę nad każdym, komu przez własną nieporadność, głupotę czy zwyczajnego pecha nie wyszło w życiu, a bezbronne dzieci, które nawet się nie narodziły, pozwala mordować w majestacie prawa przez własnych rodziców? Jaka chora logika rządzi tym, że państwo domaga się ponoszenia konsekwencji za chybione decyzje dorosłych ludzi i troszczy się o nich, ale w milczeniu przyzwala na mordowanie tych, którzy jako jedyni nie są w stanie zaprotestować, bo nie zdążyli przyjść na świat?

 

Prawo do życia – czyjego?

Żyjemy w jakimś chorym społeczeństwie. W społeczeństwie, które oduczyło nas brania odpowiedzialności za swoje czyny, a brak tej odpowiedzialności próbuje usankcjonować w prawie, tak by żyło nam się lepiej.

Dyskusja o dostępności tabletek „po” jest świadectwem upadku naszej cywilizacji. Nie wiem, jakimi potworami są ludzie, którzy pozwalają mordować swoje dzieci, jakimi bestiami są rządzący, którzy uchwalają prawo, które na to pozwala, i lekarze, którzy podejmują się zabiegów aborcji. Nie potrafię pojąć tego, że dostaję mandat za przejście na czerwonym, bo narażam swoje życie, a zarazem nienarodzony człowiek, który nie jest w stanie się obronić, jest mordowany w imię prawa matki do decydowania o własnym życiu.

Bo przecież aborcja czy pieprzona tabletka „po” nie jest niczym jak zamordowaniem człowieka, którego czekało kilkadziesiąt lat życia pełnego szczęścia, zachwytów, może i nieszczęść i upadków — ale przede wszystkim życia, do którego matka uzurpuje sobie prawo, a które odebrała własnemu dziecku.

 

A gdybyś to był ty?

Czasem sobie myślę, czy wszyscy ci, którzy tak zawzięcie domagają się uszanowania prawa kobiet do decydowania o własnej ciąży, postawili się kiedykolwiek na miejscu takiego dziecka. Przecież w gruncie rzeczy każdy z nas zawdzięcza życie tylko temu, że matka w odpowiednim momencie nie uroiła sobie, że nie jest na nas gotowa, że nie ma pieniędzy na wychowanie, że nie przerwie teraz kariery, poza tym nie kocha tego faceta i w ogóle świat by się jej zawalił.

Każdy powód wydaje się dobry, by nie mieć dziecka akurat teraz. Na szczęście to, że żyjemy, świadczy o tym, że dla naszych matek żaden z tych powodów, jakiekolwiek były, nie był tak ważny jak nasze prawo do życia.

Nie potrafię sobie wyobrazić, że wszyscy, którzy nie mają nic przeciwko tabletkom „po”, z taką samą stanowczością głosiliby swoje poglądy, gdyby przed laty to ich matka miałaby stanąć przed decyzją o przerwaniu ciąży. Czy naprawdę ci ludzie, gdyby mieli spojrzeć w twarz swojej matce, powiedzieliby jej to samo, co teraz: „Mamo, nie zrobiłaś nic złego. Miałaś do tego prawo. Twoje poczucie komfortu w danej chwili było ważniejsze od tego, że mnie zamordowałaś i nigdy się nie narodziłem”?

Serio, czy są ludzie, którzy tak myślą? Bo jeśli nie, to całe te tyrady zwolenników tabletek „po” nie są niczym innym jak czystą hipokryzją.

komentarzy 7

Hm… Co do działania, to zastosowane uproszczenie jest takie, że zakrzywia rzeczywistość. Po pierwsze, podstawowym zadaniem tabletki jest zatrzymanie owulacji. Oznacza to, że kobieta nie wypuszcza komórki jajowej. Po drugie, następuje zagęszczenie śluzu, aby plemniki nie dotarły do jajowodów, gdzie zapłodnienie w ogóle mogłoby nastąpić. I dopiero, gdy jest już za późno na powyższe i do zapłodnienia jednak dojdzie – hormony zmieniają błonę macicy, aby zarodek nie mógł się zagnieździć. Ale uwaga – jeśli do zagnieżdżenia już doszło – wspomagają utrzymanie zarodka.
Używanie pojęcia wczesnoporonna jest więc moim zdaniem błędem.

by Ola on 3 lutego 2015 at 11:24. Odpowiedz #

Dzięki za komentarz!

We wpisie odwoływałem się do trzeciego rodzaju działania tabletki spośród tych, które wymieniłaś. Polega ono – co do czego, jak rozumiem, się zgadzamy – na przeciwdziałaniu zagnieżdżeniu się zarodka. Skoro zarodek się nie zagnieżdża, to dochodzi do poronienia, a tego terminu nie używa się tylko w odniesieniu do zagnieżdżonych zarodków, ale ogólnie do wszystkich zarodków (swoją drogą podobno do połowy poronień dochodzi jeszcze przed zagnieżdżeniem się zarodka). W tym więc sensie działanie tej tabletki, wg mojej wiedzy, jest wczesnoporonne (tak też zresztą bywa określana powszechnie w mediach).

O działaniu polegającym na wspomaganiu utrzymaniu zarodka nie wiedziałem, ale to nie zmienia faktu, że celem zażycia tabletki przez kobietę jest jednak niedopuszczenie do rozwoju zarodka. Jeśli więc nawet tabletka miałaby pomóc, to i tak faktem pozostaje, że kobieta kierowała się odwrotną intencją, podobnie jak ustawodawca.

by Ardenno on 3 lutego 2015 at 21:59. Odpowiedz #

Dla mnie jednak wciąż wczesnoporonne pozostają środki farmakologiczne stosowane do usunięcia zarodka zagnieżdżonego. Musi być jakieś rozróżnienie, inaczej jedną definicją obejmujemy zupełnie różne kategorie i właśnie m.in. przez używanie w mediach przymiotnika wczesnoporonna dla antykoncepcji postkoitalnej dochodzi do zniekształcenia całego przekazu wśród ludzi, którzy nie mają styczności z tematem. Natomiast podstawowym działaniem tabletki po pozostaje wciąż zapobieganie zapłodnieniu.

Antykoncepcja wczesnoporonna jest i będzie nadal zakazana w Polsce, mimo przewidywanej nowelizacji. I całe szczęście…

Np. w moim prywatnym odczuciu, dziewczyna zgłaszająca się po zgwałceniu, powinna w szpitalu/komisariacie od razu zostać poinformowana o możliwości przyjęcia tego leku na żądanie. Aby nie doszło do zapłodnienia, nie w takiej sytuacji. Ale to jest sfera emocji, a temat mnie bardzo dotyka. Tak jak aborcja, o której jak słyszę albo widzę zdjęcia (jw.), to się rozklejam totalnie.

by Ola on 4 lutego 2015 at 14:39. Odpowiedz #

„Antykoncepcja wczesnoporonna”, ładny potworek mi wyszedł ;) Chodzi oczywiście o leki wczesnoporonne.

by Ola on 4 lutego 2015 at 14:42. Odpowiedz #

Jak kobiety miały by rodzić każde dziecko, które mogło by począć w wynkiku stosunku to byłby niezły bajzel. Potem rodzi się takie niechciane dzieci, o których właśnie piszesz w tekście – narkomani, alkoholicy itd, którym państwo właśnie pomaga. Nie wsopminając o dzieciach, które całe zycie muszą rodzić się z takimi chorobami jak FAS, czy są po prostu niekochane i później często mają problemy z depresją. Dlatego nie karajmy przypadkowego stosunku, czy wpadki tym aby dzieci musiały by cierpieć przez to, że państwo kazało urodzić dziecko.

by Seba on 4 lutego 2015 at 10:23. Odpowiedz #

Dzięki, Seba, za komentarz, choć nie ukrywam, że – delikatnie mówiąc – mocno mnie dziwi. Nie wyobrażam sobie, by o jakichkolwiek dzieciach, które się urodzą, mówić, że robią „bajzel” na świecie. Już kiedyś był taki, który chciał wyczyścić ludzkość, dzieląc ludzi na lepszych i tych, którzy nie mają prawa żyć.

Poza tym nikt nie rodzi się narkomanem ani alkoholikiem. Fundamentalnym prawem człowieka jest prawo do życia, a to, kim zostanie w przyszłości, zależy przede wszystkim od niego (a nie od matki, która ma decydować, czy go urodzi, czy nie – bo np. miałoby go czekać, z niewiadomych powodów, jakieś „gorsze” życie).

Najbardziej zaś nie rozumiem tego, w jaki sposób „karaniem” dziecka jest pozwolenie mu, by w ogóle przyszło na świat. Czy to jest kara? Czy fakt, że dziecko nie było planowane, ale się narodziło, jest dla niego karą? Czy z tego powodu ma się czuć gorzej?

Marzę o czasach, w których państwo chroniłoby poczęte życie od początku jego istnienia. Z pewnością nie byłoby to karą dla dziecka, ale błogosławieństwem. Obyśmy mogli wszyscy dożyć takich czasów!

by Ardenno on 5 lutego 2015 at 19:20. Odpowiedz #

Czytałam jak własne myśli. Bardzo trafnie opisałeś paradoks państwa opiekuńczego. Oduczanie ludzi bycia odpowiedzialnym za swoje czynny naprawdę nie przyniesie nic dobrego. Ale rządzącym jest na korzyść, bo im człowiek głupszy, niekonsekwentny tym łatwiej uwierzy w rządowe brednie.
Co do tabletek…
„Przeważnie za aborcją są głównie ci, którym ona już nie grozi”.

by Ev on 20 lutego 2016 at 10:45. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)