[28] Jason Hunt, „Thorn” – recenzja książki Kominka

19.08.2015

Thorn okładka 630Wśród wielu marzeń mam jedno dość osobliwe. Chciałbym przeczytać powieść… idealną. Taką, która sprawi, że będę zarywał noce, by ją skończyć, taką, do której wracałbym wielokrotnie i w której sam nie zmieniłbym ani słowa. Nie jest to marzenie z rodzaju tych, które nosi się w sobie od dziecka, zarzekając się, że prędzej nastąpi koniec świata, niż zrezygnuje się ze swojego marzenia. Wynika ono raczej z mojej frustracji współczesną beletrystyką (i tą najnowszą, i tą nieco starszą, gdy rok wydania nie zaczynał się jeszcze od dwójki na początku). W efekcie, odkąd skończyłem polonistykę, nie pamiętam, bym tknął dobrowolnie jakąkolwiek powieść. Jasne, trudno znaleźć powieść idealną, gdy żadnych się nie czyta, ale gdy tylko mam podejrzenie, że jakaś książka może być właśnie t ą  j e d y n ą, chwytam po nią i czytam. Niestety zwykle po niedługim czasie ją porzucam.

Tym razem wszystko wskazywało na to, że będzie inaczej. Od kilku lat czytuję Tomka Tomczyka (po niedawnym „rebrandingu” zwanego Jasonem Huntem, a wcześniej funkcjonującego w blogosferze jako Kominekjeden z trzech blogów pod dawnym pseudonimem, o dziwo, jest nadal dostępny, choć oczywiście nie pojawiają się tam żadne nowe teksty). Nie pamiętam już, ani jak trafiłem na jego blog, ani kiedy to było. Grunt, że od pierwszych chwil Kominek ujął mnie charakterystycznym lirycznym stylem, którym oczarowuje czytających, ilekroć pisze o swoich marzeniach, planach, marzeniach, Nowym Jorku i miliardach (w żadnym wypadku milionach!) zarabianych na pisarstwie. Czytając po raz pierwszy jego teksty, miałem wrażenie, że czytam siebie. Na nowym blogu nie ostały się już dawne teksty, ale taki Latawiec w pewnym stopniu daje obraz tekstów, z których w największej mierze słynie Tomczyk.

Minęło kilka lat, odkąd po raz pierwszy trafiłem na blog Kominka (jakoś nie mogę przekonać się do tego Jasona Hunta, ewidentnie wykreowanego na potrzeby przyszłej ekspansji na rynek międzynarodowy). W tym czasie wydał naprawdę dwa niezłe poradniki: Bloger (2012, uwaga: redakcja i korekta wołają o pomstę do nieba) i Blog (2013, ten już przyzwoicie wydany). Był jeszcze Bloger i social media, którego nie czytałem, bo to Bloger z 2012 poszerzony o nowe fragmenty. Poradniki naprawdę były niczego sobie, dlatego gdy tylko Kominek oznajmił, że po latach ukończył swoją wielką powieść, przypomniałem sobie o swoim marzeniu. Oto powieść idealna!

 

Thorn – pierwsze wrażenia

Paczka przyszła do mnie w piątek. Rozdarłem ją czym prędzej i zobaczyłem to coś:

Jason Hunt Thorn okładka

Wielkie to i opasłe, że Porsche się chowa. Format jak dla nudnej książki naukowej – zmierzone co do milimetra: 160 x 231 mm. Żaden ze standardowych nie pasuje do tych wymiarów. Nie to jednak było najgorsze. Gdy otworzyłem książkę, zobaczyłem to, co wcześniej Kominek pokazywał już na screenach:

Jason Hunt Thorn design

Przełom w typografii, design XXI wieku, rewolucja w DTP-ie! Kominek zdefiniował na nowo pojęcie książki! Co drugi akapit z wcięciem na kilka centymetrów, dialogi kursywą (wtrącenia narratora już nie), a górnolotne myśli – wielkimi bukwami, żeby, nie daj Boże, ich nie przeoczyć. Co najśmieszniejsze, zabieg z akapitami o różnych wcięciach nie wnosi w dłuższej perspektywie żadnej wartości do lektury, a wzrok dość szybko przyzwyczaja się do specyficznego układu tekstu. To trochę jak z pewną eksperymentalną powieścią (niestety nie pamiętam tytułu), w której narracja prowadzona jest nie w pierwszej ani trzeciej osobie liczby pojedynczej, ale – w drugiej. Efekt był taki, że czytelnik dość szybko przyzwyczajał się do specyficznego sposobu narracji, która nie wnosiła nic nowego do lektury. Podobnie w Thornie – z dużej chmury mały deszcz.

W całym tym nowatorstwie najbardziej ujęły mnie… niewyrównane dialogi (drugi i kolejne wiersze powinny zaczynać się na tej samej wysokości co pierwszy wiersz). Kunszt artyzmu:

Jason Hunt Thorn dialogi

Przyszło mi na myśl to co zawsze, gdy widzę maszynopisy debiutantów: im więcej fajerwerków w formatowaniu tekstów, tym większe grafomaństwo. Serio, to jakaś magiczna relacja. Zawsze i wszędzie prawdziwa. Nie żebym był lepszy. Widzę to po swoich wypocinach z nastoletnich lat – jakieś Monotype Corsivy, ozdobniki, gwiazdki, szlaczki i inne pierdółki, które w istocie tuszowały miałkość tego, co pisałem. Ale przecież – tak sobie naiwnie pomyślałem, patrząc na Thorna – wyjątek potwierdza regułę. Może to właśnie wyjątek, na który jeszcze nie trafiłem.

 

Thorn – powieść czy poradnik?

Thorn to według Tomczyka „powieść motywacyjna”, cokolwiek miałoby to znaczyć. W rzeczywistości wygląda to tak, że mamy fabułę, która co rusz przerywana jest rozmyślaniami bohatera (autora?) o życiu, związkach męsko-damskich, marzeniach, celach itd. Słowem – wszystko to, za co lubiłem Tomczyka, a co teraz postanowił ubrać w formę beletrystyczną. Niestety to się kupy nie trzyma. Zupełnie.

Gdy przeczytałem pierwsze kilkadziesiąt stron, pomyślałem, że Tomczyk mnie wkręca. Że to jakaś niecna gra literacka, w której Kominek odzwierciedla sposób myślenia 12-, 13-, 14-latka, bohatera książki. Gdy dobijałem do dwusetnej strony, ogarnęło mnie niejasne przeczucie, że trwa to zbyt długo, że już najwyższa pora na zdjęcie maski i jakieś: „A, mam cię! Myślałeś, że naprawdę napisałem takiego gniota? Przecież to nastolatek! Jakich odkrywczych myśli się po nim spodziewałeś? Dopiero teraz zaczyna się właściwa powieść!”. Czekałem do ostatniego rozdziału na coś podobnego, ale nic takiego się nie wydarzyło.

Do teraz nie mogę ochłonąć z wrażenia, jak to możliwe, że człowiek, którego wpisy na blogu uznawałem (i nadal uznaję) za najlepsze teksty, jakie miałem okazję czytać nie tylko w blogosferze, ale w całym internecie, który wydał dwa naprawdę genialne poradniki, definiujące na nowo to, czym powinien być poradnik, słowem – jak ktoś taki mógł opublikować książkę, która ociera się o najgorsze grafomaństwo

Ale żeby nie być gołosłownym, przejdźmy do rzeczy. Szybko i konkretnie.

 

Thorn – opisy

To jasne, że nikt z nas nie oczekuje już opisów rodem z Nad Niemnem. Tomczyk przeholowuje w drugą stroną, w istocie maskując braki warsztatowe. Tak wygląda opis pierwszego spotkania bohatera z dziewczyną, w której się zakochał:

Teraz mógłby nastąpić fragment, w którym opiszę, o czym wtedy rozmawialiśmy, ale musiałbym to wymyślić, bo prawda jest taka, że nie pamiętam. Pierwsze trzy godziny w jej mieszkaniu zlewają mi się w jeden wielki zachwyt nad Annie.

O czym tam gadaliśmy, no o czym? Nie wiem. Mogę za to napisać całą książkę o tym, jak Annie się zachowywała.

Jak się dowiadujemy dalej, Annie po prostu „kurwa, wszystko miała piękne” – „przecudowny, prześliczny uśmiech”, „seksowne gesty”, „piękne wysławianie na każdy temat”, „piękne stopy, pupę, dłonie, usta, oczy”. Nie ma co, opis tak wyrazisty jak film w rozdzielczości 4K!

 

Thorn – fabuła

Tomczyk przyrównuje swoją książkę do… Martina Edena Jacka Londona (ci, którzy bliżej mnie znają, wiedzą, jak cenię tę powieść). Nie da się ukryć, że fabuły są bliźniaczo podobne: młody chłopak chce zostać pisarzem i dzięki temu odzyskać kobietę, w której się zakochał. Rzecz w tym, że porównywanie Thorna do takiego dzieła jak Martin Eden urąga godności powieści Londona. Boże, przecież to, ile miejsca Tomczyk poświęca na opisy fabularne na przestrzeni całej książki, Londonowi nie wystarczyłoby na jeden rozdział. Thorn nie jest w istocie powieścią, ale co najwyżej szkicem, jakimś nędznym strzępem zarysu fabuły.

Tomczyk tak pędzi z opisami (jeśli odjąć wszystkie motywacyjne wtręty o sensie życia), że zanim bohater siądzie, to już wstaje; zanim cokolwiek powie, to już kończy się „rozdział” (tych jest kilkadziesiąt, a każdy ma góra 2, 3, 4 strony); zanim Tomczyk zdąży czytelnikowi opisać związek głównych bohaterów, to Annie (ukochana głównego bohatera) już znika z jego życia (dla tych, co odważą się sięgnąć po Thorna, na wszelki wypadek nie będę zdradzał szczegółów), a zanim bohater zdąży jej udowodnić, że pochopnie odrzuciła jego uczucia, to ona, Chryste Panie, nawet nie dokończę, bo byście nie uwierzyli! Fabuła w Thornie jest jak oglądanie przyspieszonego filmu. I nie x2. Raczej x32.

 

Thorn – i braki literackie

Najbardziej zirytowały mnie braki warsztatowo-literackie Kominka, jakie wylazły na światło dzienne, gdy zabrał się za gatunek, w którym ewidentnie nie ma takiego doświadczenia jak w krótkich wpisach na bloga. Zapomnijcie o klasycznym rozróżnieniu na bohatera i autora. W Thornie panuje narracyjny chaos. Częściej niż rzadziej nie wiadomo, kto jest narratorem – raz opowiada bohater, kiedy indziej włącza się autor ze swoimi liryczno-sentymentalnymi wtrętami (które tak dotąd lubiłem!), choć zaraz się okazuje, że odnosi się do zdarzeń z życia bohatera (więc to jednak on mówi?), by zaraz wyjaśnić, że nawiązuje do przyszłości, która jest łudząco podobno do życia samego Tomczyka i jego przeżyć (czyli to jednak on teraz mówi?), ale w odniesieniu do przeżyć bohatera. Nic nie rozumiecie? Ja też. Witajcie w świecie Thorna!

Kolejna rzecz: dialogi. Dobre dialogi poznaje się po tym, że po samej wypowiedzi bohatera wiadomo, kto mówi. Zapomnijcie o tym w Thornie – ani jedna postać nie ma charakterystycznego dla siebie idiolektu. Nie wspomnę już o tym, że dialogi brzmią sztucznie i zwyczajnie niewiarygodnie – vide rozmowa z policjantem na komisariacie, który nieznajomemu nastolatkowi objaśnia ze szczegółami kulisy prowadzonej sprawy, czy z przypadkowo spotkanym agentem literackim, który wygłasza wielozdaniowe tyrady na temat maszynopisu bohatera. Gdyby wszyscy ludzie byli tak rozmowni i szczerzy jak bohaterowie Tomczyka, świat byłby piękniejszy.

Szalenie irytująca jest nic niewnosząca metatekstowość. Taka, o, na przykład:

W przyszłości miała odegrać ważną rolę w moim życiu, ale nie uprzedzajmy faktów.

Zainspirował mnie Robin Cook, mistrz thrillerów medycznych, w których zaczytywałem się, odkąd skończyłem jedenaście lat. Nie śmiej się i zapamiętaj ten tytuł. Jeszcze do niego wrócimy.

Szkolna znajomość przetrwała wiele lat i wspólnie zwiedziliśmy kawał świata, ale nie czas i miejsce, aby teraz o tym opowiadać. W każdym razie ilekroć zobaczysz w tej książce imię „Andy”, prosiłbym, żebyś nie brał wszystkiego dosłownie. Historie są prawdziwe, ale nieco ubarwione.

Nie mam nic przeciwko wychodzeniu poza konwencje i ujawnianiu się autora na kartach powieści. Gdyby nie przełamywanie konwencji przez autorów, rozwój literatury stałby w miejscu i do dziś zaczytywalibyśmy się we fraszkach, a w SMS-ach słalibyśmy swoim partnerom miłosne sonety. Szukanie nowych środków wyrazu jest OK, ale trzeba to robić z głową. Tomczyk w Thornie depcze natomiast wszelkie konwenanse, bez pomysłu i celu. Metatekstowe gadulstwo Kominka wzbudza jedynie irytację i nie wnosi absolutnie żadnej wartości do Thorna.

 

Thorn i… zagadki

Jest jeszcze jedna rzecz, o której kilkakrotnie wspominał sam Tomczyk (m.in. we wpisie na dzień przed premierą Thorna) i którą tak hołubią wszyscy ci, którzy skroili pochwalne peany na cześć Thorna (taki tam Opydo, Tucholski czy Fashionelka, notabene – znajomi autora, co wiele wyjaśnia), mianowicie… zagadki, tajemnice i nawiązania. Pokroju np.: czemu Bóg wygnał Adama i Ewę z raju? Powstała nawet grupa na fejsie THORN: Teorie, rozkminy, sekrety (strzeżona hasłem, które znaleźć można w książce). Prawdę jednak mówiąc, niewiele rzeczy wzbudzało moją czujność, skoro z każdą kolejną stroną coraz bardziej nie dowierzałem, jak grafomański jest Thorn. Szukanie zagadek w Thornie byłoby jak przekopywanie się przez tonę gnoju, by na jego dnie znaleźć co najwyżej bursztyn. Serio, to ja wolę machnąć ręką i porozwiązywać krzyżówki.

 

Thorn – podsumowanie

Nie chciałem, żeby ta recenzja miała aż tak zły wydźwięk, ale czuję się autentycznie rozczarowany. Dotychczas wydawało mi się, że z pisarstwem jest jak z każdym innym fachem – że niezależnie od okoliczności autor trzyma pewien poziom. Że z jednej strony są autorzy, którzy piszą nieźle, ale miewają też gorsze okresy i zdarzą im się słabsze teksty, z drugiej strony są tacy, którzy nie dosięgają do pięt tym najlepszym, ale w swojej przeciętności są równie stabilni i przewidywalni co ci dobrze piszący. Tomczyk zburzył moją wizję pisarstwa. Autor, którego naprawdę ceniłem za kunszt literacki, publikuje coś, co – zwłaszcza w sferze fabularnej – poziomem przypomina wypociny nastolatka.

Nie mam pojęcia, gdzie podziała się samokrytyka Tomczyka, że zdecydował się na wydanie Thorna w takiej postaci. Odnoszę wrażenie, że przerosła go forma. Sam swoją powieść piszę od czasów liceum, a nie mam jeszcze w niej rozdziału, akapitu, ba – jednego zdania, co do którego miałbym pewność, że ukaże się kiedyś w druku. Kominek od lat wspominał o swojej wielkiej powieści, a mimo to najwyraźniej się z nią pospieszył. Najgorsze chyba w tym wszystkim jest samouwielbienie Tomczyka. Bo grafomanem nie jest ten – że też pozwolę sobie na thornowską złotą myśl –  który wydaje gniota i nie jest tego świadomy, ale ten, który go publikuje i zachwyca się swoim „dziełem”.

A teraz najlepsze: Thorn będzie miał ciąg dalszy. Kolejny tom – zapowiedziany już na wiosnę 2016. Sam nie wiem, czy jestem gotowy na kolejną taką przeprawę…

 

Tylko czy Thorn mógł być inny?

Nie dziwię się, że Thorn jest, jaki jest. Musiał być ekstrawagancki, odcinający się od klasycznej powieści. Tomczyk nie byłby sobą, gdyby nie łamał konwencji, zresztą przecież cenię go za to, że nie boi się stale iść pod prąd. Rzecz w tym, że konwencję trzeba łamać z głową. W Thornie nic, co jest inne niż w klasycznej powieści, nie niesie ze sobą żadnej dodatniej wartości dla czytelnika.

Problem z Thornem polega głównie na tym, że ubranie złotych myśli Tomczyka w formę „powieści” kompletnie mu nie wyszło. W necie wokół Thorna rozpętała się już niezła gównoburza, a niektórzy czytają Thorna dla beki, ale problemem Tomczyka nie są w istocie te wszystkie sentymentalne tyrady, które w swym natężeniu budzą co najwyżej śmiech i politowanie, tylko ta druga część Thorna, powieściowata, w której rozgrywa się akcja fabularna. Skoro Thorn ma być kontynuowany, Tomczyk musi nieźle popracować nad warsztatem. Jeśli chce, niech uczy innych życia i szafuje mądrościami à la Coelho, ale dopóki nie wplecie ich umiejętnie – bo tylko o to chodzi – w akcję powieści, która będzie wciągać czytelnika i zachwycać, to o swoich miliardach z pisarstwa może zapomnieć.

Opinię na temat swojej książki wyraził dobitnie sam bohater na s. 239 (nie autor! – vide pisany wyżej chaos w prowadzeniu narracji), odnosząc się do książki, którą pisze (bohater), a którą czyta czytelnik (nie pytajcie nawet, o co chodzi…):

Niedawno moja znajoma sprzed lat podesłała mi listy, które do niej pisałem. Ich też nie da się czytać. Są dziecinne, napisane niechlujnie i niezrozumiale. Skoro byłem (i pod niektórymi względami nadal jestem) tak bardzo do dupy, to jakim więc cudem czytasz teraz moją książkę [pogrubienie moje – Ardenno]?

Trochę ze smutkiem, ale i z ulgą muszę stwierdzić, że nie spełniło się moje marzenie dotyczące powieści idealnej. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że będzie nią dopiero ta, którą sam napiszę, ale biorąc pod uwagę moją determinację w pisaniu, nieprędko się to stanie. Kiedyś jednak ją napisze. W końcu jak przekonuje sam Tomczyk (pisownia oryginalna):

CAŁE ŻYCIE BŁĄDZIMY MIĘDZY MARZENIAMI I UCZUCIAMI, KTÓRE NIE CHCĄ SIĘ W NAS WYPALIĆ. MARZENIAMI, KTÓRYCH NIE REALIZUJEMY, I UCZUCIAMI, KTÓRYCH Z NIKIM NIE DZIELIMY.

(…) może czasami warto, tak najzwyczajniej w świecie, pieprzyć konsekwencje? Pozwolić, żeby to wszystko, co nas przeraża, po prostu się działo.

I z tym się z nim zgadzam.

komentarzy 11

Gratuluję doskonałej recenzji. Trafiłeś nią w punkt.

by Marek on 19 sierpnia 2015 at 22:32. Odpowiedz #

Dziękuję za tę recenzję. Jest dla mnie tym bardziej ważna i cenna, że napisał ją fachowiec, człowiek zawodowo zajmujący się zawiłościami języka polskiego, a więc potrafiący w rzetelny sposób ocenić książkę od jej technicznej strony.

Ta napisana i wydana ostatnio przez pana Tomczyka, tak jak Łukasza i dokładnie z tych samych powodów, bardzo mnie rozczarowała. Rzeczywiście, „Thorn” obnażył braki warsztatowe autora, jednocześnie dowodząc, że umiejętność pisania bloga to jednak zbyt mało, by zmierzyć się z tak wymagającą formą, jaką jest książka beletrystyczna.

Bardzo żałuję, że panu Tomczykowi się nie udało. Z jego tekstów wynika, że z najnowszym wydawnictwem wiązał wielkie nadzieje i oczekiwania, że traktował je jak swego rodzaju „opus magnum”, ukoronowanie tego wszystkiego, co do tej pory jako pisarz osiągnął. Niestety, nie wyszło.

Wydaje mi się, że pan Tomczyk trochę się w swoim życiu pogubił. Odnoszę wrażenie, że wciąż jest tym kilkuletnim chłopakiem, który stojąc w oknie swego pokoju, snuł plany podboju świata. Nadal jest tym dzieciakiem z kołobrzeskiego bloku, dla którego świat zatrzymał się w tamtym, najpiękniejszym jak sądzę, okresie jego życia.

Przykro jest patrzeć jak umierają marzenia. Potrzeba wielkiego hartu ducha, by po takiej porażce odnaleźć w sobie na tyle dużo sił, by powstać i zacząć budować je na nowo. Panu Tomczykowi z pewnością ich nie zabraknie, gorzej może być tylko z pomysłem na nie. Jeżeli obierze dotychczasową drogę i zdecyduje się ponownie eksploatować wątki znane z „Ławeczki”, „Latawca” czy właśnie „Thorna”, nie wróżę mu sukcesu. Warto w końcu zasłonić firankę, odejść od okna i zacząć żyć swoim życiem. Czas już chyba rozstać się z małym Tomciem i zaprzyjaźnić z dorosłym Tomkiem.

Na marginesie: zastanawiam się, czy w zapowiadanym tekście z recenzjami swojej nowej książki, pan Tomczyk zdecyduje się przywołać również te mniej pochlebne, których przecież uzbierało się już trochę.

Łukasz

by Łukasz on 20 sierpnia 2015 at 11:16. Odpowiedz #

Łukaszu, lepiej, bym tego nie wyraził!

Ja po lekturze mam jeszcze taki wniosek, że ze znacznie większą rezerwą będę podchodził do kolejnych zapewnień, obietnic i planów Kominka. O ile dotąd wszystko, o czym pisał, udawało mu się spełnić, o tyle jego opus magnum kompletnie rozminęło się z tym wszystkim, co o nim mówił. Nie jest to ani wielka literatura, ani taka, która pozwoli mu podbić zagraniczne rynki.

Co do umierania marzeń, to myślę, że teraz właśnie jest ważna chwila dla Kominka. W żadnym wypadku nie powinien rezygnować z marzeń, bo nie o to chodzi, ale realniej ocenić swoje szanse i poszukać właściwszych sposobów na ich spełnienie, skoro beletrystyka nie jest (przynajmniej na razie) tym, czym może zawojować świat. Gdyby teraz zrezygnował, zadałby kłam wszystkiemu, o czym pisał przez tyle lat. A jeśli się nie podda, to być może wyjdzie jeszcze silniejszy i bardziej zdeterminowany niż przed wydaniem „Thorna”. Grunt, by przyjął krytykę, bo jak na razie zdaje się mocno zaślepiony i przekonany o wielkości swojej powieści (choć możliwe, że to tylko poza, do której się nie przyzna).

by Ardenno on 20 sierpnia 2015 at 14:49. Odpowiedz #

W końcu recenzja zbieżna z moimi odczuciami po przeczytaniu książki, a już naprawdę myślałam, że jest ze mną coś nie tak. Mogę się podpisać pod prawdopodobnie każdym z wymienionych zarzutów, a podwójnie pod wręcz wyprowadzającą mnie z równowagi metatekstowością (nie wiedziałam, że tak się to nazywa, dzięki!)

by Cameo on 20 sierpnia 2015 at 23:46. Odpowiedz #

Dzięki za komentarz i zapraszam do regularnych odwiedzin bloga :)

by Ardenno on 25 sierpnia 2015 at 20:45. Odpowiedz #

„Problem z Thornem polega głównie na tym, że ubranie złotych myśli Tomczyka w formę „powieści” kompletnie mu nie wyszło. W necie wokół Thorna rozpętała się już niezła gównoburza, a niektórzy czytają Thorna dla beki, ale problemem Tomczyka nie są w istocie te wszystkie sentymentalne tyrady, które w swym natężeniu budzą co najwyżej śmiech i politowanie, tylko ta druga część Thorna, powieściowa – ta, w której rozgrywa się akcja fabularna. Skoro Thorn ma być kontynuowany, Tomczyk musi nieźle popracować nad warsztatem. Jeśli chce, niech uczy innych życia i szafuje mądrościami à la Coelho, ale dopóki nie wplecie ich umiejętnie – bo tylko o to chodzi – w akcję powieści, która będzie wciągać czytelnika i zachwycać, to o swoich miliardach z pisarstwa może zapomnieć”.

O, TO. To właśnie.

Wszystko inne w „Thornie” albo mi się podobało, albo nie przeszkadzało, albo byłem skłonny przymknąć na to oko. Ale ta niewprawna przeplatanka fabuły i mądrości życiowych… nie.
W pewnym momencie odłożyłem książkę na dłuższe kilka godzin, bo część motywacyjna ciągnęła się tak długo, że zapomniałem, co się ostatnio zadziało u bohaterów.
Motywowanie powinno być spójne i jednoznacznie wynikać z fabuły. Tymczasem w „Thornie” mamy układ: fabuła – motywacja – fabuła – motywacja. Na zmianę czytałem powieść i bloga. I ignorowałem duże fragmenty bloga, bo chciałem wiedzieć, co było dalej. Normalnie mam tak z opisami – zwłaszcza przyrody – chyba że autor ma rzadki talent i potrafi uczynić te opisy częścią powieści (do głowy przychodzi mi „Błękitny zamek”, gdzie wszystkie przyrodnicze wstawki miały swój głęboki sens fabularny, a inne opisy również pojawiały się, kiedy to było potrzebne).

Nie zgodzę się natomiast z „Co najśmieszniejsze, zabieg z akapitami o różnych wcięciach nie wnosi w dłuższej perspektywie żadnej wartości do lektury, a wzrok dość szybko przyzwyczaja się do specyficznego układu tekstu”. O to właśnie chodzi, żeby wzrok się przyzwyczaił. A raczej… ten układ tekstu jest bardzo przystosowany do potrzeb naszego mózgu, więc to zupełnie oczywiste, że wzrok się przyzwyczaił. I fajnie byłoby, gdyby więcej książek było wydawanych w taki sposób, bo to się po prostu dobrze i szybko czyta – bez gubienia linijki, bez błądzenia po całej stronie. Ta rewolucja nie ma polegać na tym, żeby było dziwnie (i męcząco), tylko żeby czytelnik odkrył, że to jest fajne, wygodne i mu z tym dobrze.

by Marcin on 23 sierpnia 2015 at 23:40. Odpowiedz #

Ta przerwa w fabule pojawia się pod koniec, też mnie zirytowała. Jest chyba ok. 100 stron przerwy i dopiero na ostatnich kartach powieści Tomek wraca do fabuły.

Co do typografii – czemu taki układ miałby być bardziej naturalny dla mózgu? Są jakieś badania? Ktoś to sprawdzał naukowo? Wydaje mi się, że gdyby tak było, to wydawcy nie przeszliby obok tego obojętnie i jednak poszliby tym tropem.

by Ardenno on 25 sierpnia 2015 at 20:45. Odpowiedz #

O badaniach naukowych ściśle potwierdzających zamysł Kominka nic Ci nie powiem i pewnie ich po prostu nie ma, ale generalnie mózgi ludzkie nie lubią ściany litego tekstu, takiej jaka jest w powieściach.

Mózgi wolą, jak akapity są jakoś wyróżnione, żeby można było zorientować się, gdzie się jest i zauważyć, że to nowa myśl. Lubią więc światło między akapitami albo chociażby wcięcia. Ludzki wzrok nie przesuwa się płynnie tylko skacze jak pchełka, a niewytrenowani czytelnicy bardzo często skaczą wstecz lub w ogóle błądzą po stronie, cofają się do poprzednich linijek, nie są w stanie znaleźć właściwej…

W podręcznikach i tekstach internetowych coraz większą uwagę przykłada się do tego, żeby zainteresować nas (i nasze mózgi) czytanym tekstem. A raczej, żeby utrzymać uwagę. Temu służą wszystkie zabawy tekstem, zwłaszcza pogrubienia, wyróżnienia. Jest o tym sporo tekstów, były też badania sprawdzające ruchy gałek ocznych.

Książka Kominka to nie jest tylko odpowiedź na zwyczaj wrzucania fotek na Instagrama. Ja nie wiem, czy on to zrobił celowo, ale naprzemienne następowanie akapitów naprawdę bardzo ułatwiło mi koncentrację. Tym bardziej, że ja jednak czytam szybciej i wprawniej niż przeciętny człowiek i często obejmuję wzrokiem cały akapit. Tutaj było to banalne. Przy tekstach-ścianach też błądzę.

No a tymi wielkimi wersalikami Kominek mówił mojemu mózgowi „to jest ważne”. A mózg się wcale o to nie obrażał, bo mózg lubi wiedzieć, co jest ważne. No i był zaintrygowany tym, że o, tu jest takie duże coś, o co chodzi? To również podtrzymywało uwagę.

Sporo ludzi sprowadzi to pewnie do „Kominek traktuje nas jak idiotów, foch!”, ale mózgi naprawdę lubią, jak im się podsunie coś, co odpowiada ich potrzebom.

A propos mózgowych preferencji, w moim domu był od zawsze „Władca Pierścieni”. Nie przeczytałem go, kupiłem inne wydanie. Czemu? Bo to było to małe czarne wydanie Skibniewskiej z lat 90. – z wąziutkimi marginesami i maciupkim tekstem wyrównanym do lewej. Mój mózg zarejestrował ten koszmarek i po krótkiej chwili powiedział „O, nie! Ja już mam dość! To wygląda strasznie, nic tu nie widzę i pewnie wieje nudą. Zabierz to ode mnie!”.
Książka Kominka to jest dokładna odwrotność – tekst jest wizualnie przejrzysty, atrakcyjny, intrygujący. To się aż chce czytać.

by Marcin on 26 sierpnia 2015 at 04:56. Odpowiedz #

To jedna z najciekawszych recenzji Thorna, jakie czytałam. Utwierdza mnie w przekonaniu, że zapoznać się z tą książką mogę, i z wielką ciekawością to zrobię, gdy będę mieć okazję ją pożyczyć, ale na pewno jej nie kupię. Mimo mojej sympatii dla bloga Tomka Tomczyka, nie jest on osobą od której chciałabym uczyć się życia, a z tego co piszesz, na warstwę fabularną nie ma co liczyć. Szkoda.

Bardzo mnie uderza rozdźwięk między zachwytami znajomych autora a krytycznymi recenzjami osób, które go osobiście nie znają. Ciekawe zjawisko. Pochlebne recenzje na popularnych blogach nakręcają sprzedaż, jak widać po komentarzach. Oby ta krytyka, jak najbardziej konstruktywna, również do czegoś się przydała:)

by Dotee on 24 sierpnia 2015 at 23:20. Odpowiedz #

Witaj na blogu, dzięki za komentarz. Tak, z fabułą w „Thornie” jest straszliwie miernie.

A co do rozdźwięku w recenzjach – tak, to dość dziwne. Zawsze trudno krytycznie wyrażać się o znajomych, ale z drugiej strony nie znaczy to, żeby od razu wygłaszać takie pochwalne peany. Ale może oni tak na serio?… Tylko że nie chce mi się w to wierzyć.

by Ardenno on 25 sierpnia 2015 at 20:38. Odpowiedz #

Można, by rzec że kompletnie nie jestem w temacie, wszak nie czytałam książki. Przyznaję natomiast, że ze znacznym zainteresowaniem przyglądałam sie całemu przedsięwzięciu, byłam nawet gotowa kupic książkę, by się przekonać, czy jest przynajmniej w połowie tak dobra, jak sam autor głosi. Całe szczęście, że tego nie uczyniłam.

Zastanawiają mnie te peany, ale gdy się jest czyimś kolegą to… ręka rękę myje, tzn pióro.

by D on 2 września 2015 at 14:05. Odpowiedz #

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)