[3] Podążając za marzeniami krętą drogą

17.11.2012

Foto: Moyan_Brenn, flickr.com

Nikt, kto zabiera się za napisanie książki, nie łudzi się, że skończy ją w jeden dzień, tydzień, a nawet miesiąc (no chyba że przy ogromnej determinacji i żelaznym trzymaniu się planu). Nikt nie jest na tyle nierozsądny, by sądzić, że pisanie książki to chwilowa igraszka, moment olśnienia, przypływ weny czy inny magiczny zbieg okoliczności. Nikt o zdrowym umyśle nie spodziewa się też, że jako debiutant pierwszego dnia zarobi miliony. To niedorzeczne. I wszyscy to wiemy.

A przecież ze spełnianiem marzeń jest jak z pisaniem książek – wymagają czasu, by się ziściły. Czemu więc tylu ludziom wydaje się, że któregoś dnia ich życie się odmieni, szczęście się do nich uśmiechnie i w jednej chwili złapią Boga za nogi? A nawet jeśli – to czy o to w tym wszystkim chodzi?

 

Jak zostać milionerem w jeden dzień…

Ilekroć się nad tym zastanawiam, mimowolnie na myśl przychodzi mi moja babcia.

Od lat gra w lotto. Nie po to, żeby zostać milionerką. Ona już tego nie potrzebuje, jej już nie trzeba milionów. Ona chciałaby tylko uszczęśliwić rodzinę, dlatego jak trafi szóstkę, to wiem, że nam kupi dom, Zdzisiowi samochód, Teresce podróż dookoła świata, a Jasiowi ufunduje operację uszu, bo takie ma odstające, że wstydzi się rozmawiać z dziewczynami.

Babcia od lat karmi nas swoimi marzeniami. Stały się już tradycją, nieodzownym wręcz składnikiem deseru po wspólnym obiedzie. Gdy w niedzielne popołudnia rozsiadamy się na kanapie, babcia zaczyna snuć swoje wizje, a wszyscy zajadają się nimi bardziej niż konsumowanymi właśnie lodami z bitą śmietaną. Po chwili cała rodzina z ustami pełnymi marzeń rozprawia o milionach, które kiedyś wygrają. O rzuceniu etatów, domach nad morzem, nowych samochodach, własnych firmach i książkach, na których napisanie teraz nie ma czasu…

A ja siedzę i milczę. Nie umiem dołączyć się do tej fali entuzjazmu.

 

Dojrzeć do marzeń

Rojenie marzeń o milionach wygranych w lotto przypomina mi siedzenie z założonymi rękoma przed komputerem, z oczekiwaniem, że nagle książka sama się napisze. To nierealne – już większe szanse są na trafienie tej szóstki niż na napisanie książki w jeden dzień. Tylko czy o to chodzi? O miliony? O kasę? O stos papierów, którym to my nadajemy wartość?

Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział teraz, że pieniądze nie są ważne. Są. Jak najbardziej. W końcu większość moich marzeń ma mniejszy lub większy związek z pieniędzmi. Mimo to nigdy nie uważałem ich za cel sam w sobie. Gdyby dziś na moim koncie pojawił się milion, czułbym się mentalnie przytłoczony. Nie wiedziałbym, co z nim zrobić. Nie byłbym na to gotowy, finansowo dojrzały.

Dlatego sam nie tylko nie gram w totka, ale nawet – jestem o tym przekonany, choć zabrzmi to pewnie niewiarygodnie – za żadne skarby nie chciałbym nigdy trafić tej wytęsknionej przez miliony Polaków „szóstki”. Czułbym się okradziony z własnych marzeń. A zwłaszcza nie fair wobec innych. Wygrać w totka to przecież tak, jak przebiec maraton po przejechaniu go samochodem i przebiegnięciu ostatnich stu metrów. To jak chwalić się Porsche kupionym na kredyt z 1-procentowym wkładem własnym. To jak napisać jedynie epilog do książki w całości stworzonej przez obcego człowieka…

Lottomilionerzy to właśnie tacy ludzie, za których ktoś napisał ich własną książkę. Gdyby sami mieli to zrobić, ich książki liczyłyby dwie strony. Wstęp i zakończenie. Nie wiedzieliby, jak wypełnić środek. Ich pisanie było jednorazowym wydarzeniem, a nie procesem. Nie umieliby go powtórzyć (zresztą chyba nie bez powodu tyle razy słyszy się o bankructwach lottomilionerów).

 

Cieszyć się drogą do spełnienia marzeń

Tego bloga też oparłem na idei spełniania marzeń, ale przecież nie o same marzenia chodzi. To dążenie do nich jest tym, co po latach wspomina się z rozrzewnieniem, jesiennymi wieczorami, z kieliszkiem wina w dłoni, w ciszy wieczoru i z żoną u boku.

Bo tak jak pisanie książek spełnianie marzeń to nie jest jednorazowe wydarzenie, ale proces. To niezliczone ilości godzin spędzonych na dążeniu do celu. Wzlotów, ale i upadków. Sukcesów, ale i zwątpień oraz głupich podszeptów znajomych, którzy przecież zawsze wiedzą lepiej. To niezliczone wybuchy euforii, gdy wydaje się, że teraz już z górki, by potem zdać sobie sprawę, że wspinamy się na biznesowy Mount Everest. To niezliczone przypływy szczęścia, gdy obroty stają się sześciocyfrowe, by potem przyszło otrzeźwienie, że po rozliczeniu kosztów zostaje na paliwo do Porsche, a nie na samo Porsche.

Za prawdziwym sukcesem nigdy nie stoi pojedyncze wydarzenie. To zawsze jest proces, który wymaga oddania, determinacji i pasji. Ludzie, którzy chcą oszukać bieg rzeczy, tracą to, co najważniejsze: poczucie, że wszystko, co stało się ich udziałem, jest ich własną zasługą.

Ciekawie mówił o tym Kominek w jednym z ostatnich wywiadów:

„Myślę, że jak zarobię już kilkadziesiąt milionów dolarów, to stracę motywację i będę miał całkowicie przesrane (…), czuję, że wpadnę w depresję. Tak naprawdę teraz mam świetne życie. (…) A kiedy już zarobię tę swoją kasę, to już nie będzie fajne” (rozmowa z Kominkiem).

Jakkolwiek dziwne wydaje mi się to, że po spełnieniu marzeń życie miałoby przestać być fajne, to jednemu zaprzeczyć nie można: ludzie spełniający marzenia mają świetne życie. I to chyba w tym wszystkim jest najważniejsze: po prostu świadomie przebyć tę drogę wytyczoną sobie ileś lat wcześniej i cieszyć się podróżowaniem nią.

 

Gdy sukces odziera się z tego, co najważniejsze

Dlatego najbardziej irytuje mnie to, gdy sukces spłyca się do jednorazowego wydarzenia. Szczególnie upodobały to sobie media. Bohaterem ostatnich tygodni jest Jerzy Janowicz, wcześniej podobna euforia wybuchła, gdy Agnieszka Radwańska zaczęła odnosić sukcesy. Tych historii jest na pęczki. Kto słuchał Dody, gdy grała jeszcze w Virgin? Kto wie, co robił Mark Zuckerberg, zanim Facebook stał się popularny? Do ilu wydawców pisała Rowling, zanim wreszcie udało jej się wydać Harry’ego Garncarza? Tysiące podobnych ludzi pokazywanych jest w mediach jako ci, którzy odnieśli sukces w jednej chwili. Szkoda, że tak rzadko przedstawia się wieloletnie historie, jakie stoją za tymi sukcesami…

Spełnianie marzeń jest przecież procesem. Każdy zbyt duży krok na drodze do ich spełnienia prędzej czy później da o sobie znać. W tej grze oszustwa po prostu nie uchodzą płazem – marzenia spełnione na kredyt wracają w koszmarze odsetek niemożliwych do spłacenia, a rygorystyczne diety muszą skończyć się efektem jo-jo.

Moja lista marzeń to też de facto spis jednorazowych chwil, a wiele z nich jest w zasięgu ręki, ale co mi po tym? Co mi po wizycie w Nowym Jorku, skoro nie jestem w stanie zautomatyzować firmy? Co mi po Porsche, skoro nie stać mnie paliwo, ubezpieczenie i jego utrzymanie? Co mi po etacie w firmie, skoro nie zdołam go utrzymać na dłużej?…

Na to wszystko kiedyś przyjdzie czas. Dopiero wtedy, gdy nie tylko będę mógł spełnić marzenie, lecz także zadbać o to, by spełnianie marzeń nie odbijało się na moich finansach, będę wiedział, że osiągnąłem to, co sobie wymarzyłem.

 

A gdy brakuje czasu…

Gdy myślę o tym wszystkim, żal mi tylko mojej babci, bo ilekroć słucham jej opowieści i dostrzegam jej rozmarzony wzrok, widzę, że chciałaby być jak ci lottomilionerzy. Z niezłomną wiarą śle kupony, bo to jej jedyny sposób, by zdążyć napisać  swoją książkę o szczęśliwej rodzinie.

Ten widok przetrąconych marzeń boli jak diabli. Wiem, że gdy wychodzimy po niedzielnym obiedzie i zostaje sama, z żalem odkłada swą książkę na półkę. Sama już nie próbuje jej dokończyć – nie ma na to siły, a tym bardziej czasu. Jedyne, co jej zostało, to zdać się na łaskę losu i przypadkowych cyfr.

To nieprawda, że sztuką jest nie zapomnieć nigdy o swych marzeniach. Prawdziwą sztuką jest nie oddać ich w ręce losu, nigdy nie przestać pisać swych książek. Nigdy. Choćby miały zostać niedokończone.

Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagany - e-mail nie zostanie opublikowany)

(opcjonalnie)